Czuła ogrodniczka- peonia

Zanim zaczęłam pisać dzisiejszy tekst z ciekawości zerknęłam na datę ostatniego wpisu i przyznam szczerze, że trochę mnie wmurowało. Nie było mnie tutaj od 21 kwietnia, czyli ponad miesiąc przeleciał mi przez palce, a moja czasoprzestrzeń ewidentnie się nagięła, dokładnie tak samo, gdy moje dziecko mówi do mnie „zrobię to za pięć minut”.
Skoro jednak już tu jestem, najprawdopodobniej oznacza to, że w końcu jestem wyspana, robota ogarnięta i przez godzinę nie zamierzam reagować na słowa: „Mamo, gdzie jesteś?”

Nie lubię robić sobie przerw, bo wtedy głupio tak znowu zaczynać i rozwijać się od nowa. Skracając, dzisiaj chciałam napisać o piwoniach. „Czuła ogrodniczka” to wpis nie tylko o kwiatach, ale wspomnieniach, zapachach i nawykach.
Kiedy byłam małą dziewczynką jako najmłodszemu członkowi rodziny (na całe szczęście) przypadały najlżejsze roboty domowe, czyli pielęgnacja i podlewanie kwiatów. Szczerze tego nie znosiłam i obiecałam sobie, że jak już dorosnę nigdy, ale to przenigdy nie kupię żadnego kwiatu do swojego domu. Oczywiście, że tak się nie stało i kiedy przestałam przynosić do domu dzieci, to zaczęłam kupować coraz to nowe rośliny. Kwiaty tuż obok fotografii są moją wielką pasją. Przed moim domem nie ma chyba ani jednego centymetra kwadratowego bez czegoś zielonego lub kwitnącego. Oczywiście mam swoich faworytów i są nimi: hortensje oraz właśnie piwonie, które nieustannie przypominają mi moje dzieciństwo. To właśnie wtedy, gdy byłam małą dziewczynką, zrywaliśmy przekwitłe płatki piwonii do reklamówek, aby następnego dnia pociąć je nożyczkami na mniejsze kawałki i rzucać podczas uroczystości Bożego Ciała. Dopiero po latach mogę się przyznać, że jako dziecko bardzo nie lubiłam tego święta. Kojarzyło mi się z wielokilometrową wędrówką, podczas której muszę klepać regułkę i rzucać kwiatkami na asfalt, aby przy samym końcu, kiedy już zabraknie kwiatów w moim koszyku, nadal się uśmiechać i udawać, że rzucam powietrzem w beton. Do tego zawsze, ale to zawsze dochodziło palące słońce i ja… ubrana od stóp do głów w krakowski strój ludowy od którego pot spływał mi po tyłku aż do pięt. Chociaż 25 lat temu, uroczystość ta mnie przerażała, dzisiaj widok płatków kwiatów na ziemi rozczula mnie, a zapach piwonii unoszący się w powietrzu już mnie nie drażni, tylko otula. Oriana Fallaci, która była ateistką, kiedyś powiedziała, że mimo braku jakiejkolwiek wyznawanej wiary, jako Europejka nie wyobraża sobie widoku kontynentu bez kościołów czy przyulicznych kapliczek, bo nie są tylko miejscami kultu, ale i elementami naszej kultury. To tak jak ja nie wyobrażam sobie polskiej wiosny bez pachnącego bzu i różowej piwonii czy lata bez bocianów i jesieni bez kasztanów.

Jak pisał Miłosz:
„Matka nad klombem z piwoniami staje,
Sięga po jedną i płatki rozchyla,
I długo patrzy w piwoniowe kraje,
Dla których rokiem bywa jedna chwila.„

Kiedy przychodzi sezon na piwonie potrafię je obserwować i podziwiać godzinami.
Naprawdę warto się w nie zapatrzeć i zaznajomić z ich pochodzeniem.
W zależności od odmiany peonie kwitną od maja do czerwca, a w Chinach czy Japonii skąd przybyły do Europy, są symbolem miłości, dostatku i szczęścia. Samo słowo „paeonia” wywodzi się z greki i oznacza uzdrowiciela. Do dzisiaj zresztą kwiaty te, stosowane są w lecznictwie, między innymi przy atopowym zapaleniu skóry czy reumatyzmie.
Możecie w bardzo szybki i prosty sposób zrobić napar z piwonii, który polega na zalaniu rozdrobnionych płatków wrzącą wodą. Po 30 minutach wywar jest gotowy do picia oraz przemywania skóry delikatnej i wrażliwej.
Pamiętajcie, że wsadzając piwonie do wazonu, należy wcześniej pozbyć się liści, tak aby nie były zanurzone w wodzie. Łodygi przycinamy pod kątem, aby wciągały wodę jak największą powierzchnią oraz nie stawiamy samego wazonu z kwiatami w słońcu.

Faktem jest, że piwonie zachwycają mnie nie tylko wyglądem, ale i zapachem. Gdybym umiała tworzyć perfumy, to na pewno znalazłyby się w nich właśnie nuty piwonii oraz liści czarnej porzeczki. W domu często chowam nos w delikatnych płatkach piwonii, aby przypomnieć sobie dzieciństwo i ten toporny strój krakowski. Oczywiście żartuję, gdyż peonie przywołują we mnie ciepłe wspomnienia, a dodatkowo kojarzą mi się z kobiecą delikatnością i zmysłowością.

Okna, schody i drzwi. Odpocznij sobie.

Wielkanoc

Szczerze myślałam lub tak naprawdę miałam nadzieję, że te Święta Wielkanocne będą lepsze niż poprzednie. Dzisiaj widać jak bardzo się myliłam i nie pozostaje mi nic innego jak czekać na kolejny rok lub trochę powspominać.

Wiecie, że to wychodzi mi najlepiej, więc wrócę trochę myślami w przeszłość, abyśmy choć trochę poprawili sobie humor, a na deser… czeka Was coś słodkiego :)

Czas Wielkanocy kojarzy mi się przede wszystkim z gruntownymi porządkami. To zapach pasty do froterowania podłogi, ACE i Ludwika. Każdy z trojga mojego rodzeństwa w tym ja dostawaliśmy swój własny przydział. Do dzisiaj nie wierzę, że moje rodzinne mieszkanie ma 65 metrów, bo mobilizacja sił była taka, jak na sprzątanie co najmniej Puszczy Białowieskiej…
Na szczęście bycie najmłodszym członkiem rodziny miało swoje złe i dobre strony. Tymi gorszymi było to, że nigdy nie mogłam robić tego co dorośli, ale z drugiej strony czas nadchodzącej wiosny i dłuższych dni był wystarczającym pretekstem, aby w najbardziej newralgicznych momentach ulotnić się z domu. Oczywiście najpierw musiałam wykonać swoją część porządków, ale gdybym tak nie daj losie siedziała w domu bez zajęcia, to zaraz usłyszałabym: „Widzę, że się nudzisz, to umyj jeszcze wannę” Tak że sami rozumiecie… Wolałam nie popadać w nudę, tylko ubierałam swoje obdarte tenisówki i uciekałam na trzepak lub szkolne boisko. Pamiętam, że każdej wiosny liczyłam na to, że mama w końcu kupi mi upragnione chodaki. Szczytem moich marzeń były te żółte w białe kwiatki. W sumie było mi to obojętne, byleby to były buty na koturnie. Zamiast tego co wiosnę dostawałam błyszczące się, twarde i strasznie niewygodne czarne lub czerwone lakierki. Do tego plisowana spódnica, od której elektryzowały mi się włosy, tak że unosiły się do samego nieba. No i te czerwone kokardy we włosach. Nawet kiedyś, przez nie Indor mnie gonił po podwórku…W każdym razie obciach gwarantowany.
Jak Wielkanoc to zapach rzeżuchy i bukszpanu. Dodatkowo w szkole obowiązkowo topiliśmy Marzannę i szukaliśmy bazi do wazonu.
Wieczór przed Wielką Sobotą kończyliśmy w kuchni na zrobieniu pierdyliąt sałatek o różnych wariacjach i smakach oraz nieustannym doprawianiu ćwikły, tak aby w końcu osiągnęła idealny smak. Powietrze przenikał zapach świeżo wypranych firan i wybielacza pomieszanego z wonią gotujących się w skorupkach cebuli jajek i chleba. Nazajutrz święcenie koszyków, film Kacper- przyjazny duch, niedzielne rezurekcje no i lany poniedziałek. Tak się nieszczęśliwie składało, że w śmigus- dyngus było raczej ciepło, co znacznie ułatwiało bieganie chłopakom z wiadrami pełnych wody po osiedlu. Nawet jeżeli pewnego roku postanowiłam nie wychodzić z domu, to zapukali do moich drzwi na 10 piętrze i postanowili mnie oblać w… moim mieszkaniu, po czym uciekli. Wszystkie niecenzuralne słowa wypowiedziane przez moją mamę spadły na moje barki, a ja udawałam, że nie znam kolegów z własnej klasy.
Tak, było pięknie. Deszcz pachniał wiosną i ziemią, która wypuszczała świeżą trawę. W oddali było słychać kosy i budzącą się do życia przyrodę. Usilnie szukaliśmy pierwszych kwiatów, chociaż często na takowe musieliśmy poczekać, jeszcze dobre parę tygodni.
W tym roku nie zobaczymy rodziny i nawet mój dom nie będzie tak intensywnie dekorowany, jak to miało miejsce w ubiegłych latach.
W tym roku chce się podzielić z Wami szybkim i jednocześnie bardzo ładnym przepisem na wiosenną dekoracje. Wystarczy mieć suszone kwiaty i szklane naczynia. Tak naprawdę o wszystkim opowiedzą Wam nie tyle moje słowa, co fotografie poniżej.

Ja do swoich dekoracji użyłam butelki, szklanego jajka i ramki. Wystarczy w środek włożyć suszki i ułożyć je według własnego pomysłu. Jajka możemy powiesić na haczykach lub rączkach przy szafkach, a butelką czy ramką ozdobić konsolę, komodę lub kominek.

Obiecałam, że deser będzie słodki, ale od razu zaznaczam, że to nie będzie przepis na babkę wielkanocną, bo mam ich już po kokardę.
U mnie w domu zawsze robiliśmy roladę z galaretką, a przepis na nią wygląda następująco.

SKŁADNIKI NA BISZKOPT
1. 200 gr. Mąki
2. 180 gr cukru pudru
3. 3 jajka
4. 1/3 szklanki wody
5. Płaska łyżeczka proszku do pieczenia
6. Łyżeczka cukru waniliowego

SKLADNIKI NA GALARETKĘ
1. 4-5 jabłek
2. Opakowanie galaretki o smaku kiwi.

WYKONANIE
1. Obieramy jabłka, po czym ścieramy na tarle.
2. Wrzucamy do garnka i dusimy przez kilka minut.
3. Wyłączamy palnik, dodajemy galaretkę w proszku i dobrze mieszamy (nie gotujemy)
4. Następnie przygotowujemy biszkopt. Ubijamy same białka na sztywną pianę, po czym dodajemy po trochu cukru pudru.
5. Następnie łączymy ubitą z cukrem pianę z mąką (przesianą) żółtkami i proszkiem do pieczenia. Dodajemy cukier waniliowy
6. Do masy dolewamy 70 ml wody i miksujemy.
7. Tak przygotowaną masę wylewamy na brytfannę 45x25 cm i pieczemy 20 minut w 180 stopniach.
8. Upieczony biszkopt wyciągamy na czystą bawełnianą ściereczkę i zawijamy razem z nią w rulon. Wiszący po bokach materiał zawijamy pod spód. Tak przygotowany biszkopt powinien poleżeć w ścierce 2-3 godziny do zupełnego ostygnięcia.
9. Rozwijamy później biszkopt (delikatnie) i nakładamy jabłko z galaretką. Zawijamy biszkopt po raz kolejny w rulon, tym razem tworząc roladę. Polewamy czekoladą i gotowe!