Ciasto lawendowe.

Lawenda znana była już w Starożytnym Rzymie jako roślina lecznicza. Nasi przodkowie wykorzystywali tę roślinę nie tylko jako środek medyczny, ale i odstraszający owady (głównie komary) czy odkażający rany. Lawenda używana była zarówno do rytuałów religijnych, jak i perfumowania włosów i ciała Rzymianek.
Już około XVI wieku suszone kwiaty lawendy wkładano do bawełnianych woreczków, które później umieszczano w szafach (co zresztą czynimy do dzisiaj) Ja swego czasu poświęcałam sporo czasu na ręcznie robione zawieszki z lawendy zwane FUSETKĄ. Mam nadzieję, że w przyszłym roku, pokaże Wam jak stworzyć takie taki domowe zapachy, tym bardziej że nie wymagają one dużych nakładów pracy i środków.

Dzisiaj  użyłam kwiatów lawendy do upieczenia pysznego, domowego ciasta. Napiszę szczerze, że każde przepisy tworzę sama od podstaw i nie byłam pewna czy ten wypiek mi się uda. Nie dość, że ciasto pięknie wyrosło, to zniknęło w przeciągu 15 minut, a moje znajome już śledzą blog, aby przechwycić przepis 

SKŁADNIKI.
 
·      2 szklanki mąki
·      125 gr masła
·      2 – 3 łyżeczki kwiatów lawendy
·      ½ szklanki cukru
·      1 łyżeczka cukru waniliowego
·      1 łyżeczka sody
·      Szczypta soli
·      1 łyżeczka proszku do pieczenia
·      2 jajka
·      300 gr jogurtu greckiego.

WYKONANIE 
 
1.     Ucieramy masło z lawendą do powstania masy. Dodajemy cukier oraz cukier waniliowy i ucieramy dalej do powstania masy.
2.     Przesiewamy mąkę wraz z sodą i proszkiem do pieczenia
3.     Do mąki dodajemy utarte masło z lawendą i cukrami, po czym mieszamy z jogurtem greckim, żółtkami i szczyptą soli
4.     Ubijamy białka, które na samym końcu delikatnie mieszamy z całością
5.     Pieczemy na okrągłej blaszce wyłożonej papierem w 160 stopniach około 55 minut. (warto sprawdzić długą drewnianą wykałaczką czy ciasto na pewno jest gotowe)
6.     Całość polewamy lukrem zrobionym z cukru pudru i soku z cytryny.

SMACZNEGO!

Miłość w czasach zarazy

Obiecałam już dawno mojej znajomej, że wrzucę na blog przepis na ciasto lawendowe które ostatnio upiekłam, ale zawsze mi „coś” wypada i tak oto z mojego jednego postu na tydzień, wrzucam wpis raz na trzy tygodnie …
No nic…Mam nadzieję, że wybaczacie mi i nadal lubicie.  Z drugiej strony może dobrze że mam robotę, bo przecież blog prowadzę hobbistycznie i traktuję go bardziej jako pewnego rodzaju wirtualną wystawę moich zdjęć, którymi zawsze chcę się z Wami podzielić. (czyli wychodzi na to, że jestem chwalipiętą :)
Pretekstem do napisania tego tekstu było zdanie, które usłyszałam od mojej znajomej kiedy rozpoczął się lockdown.Pamiętam jak wszyscy zostaliśmy usadzeni na czterech literach w domu, a ona powiedziała mi: „Teraz połowa par rozstanie się, a drugiej połowie niespodziewanie urodzą się dzieci”.  Bardzo mnie wówczas tym rozbawiła, chociaż my z Czarem jesteśmy żywym przykładem, że koronawirus umocnił nasze relacje i to bez pasażera na gapę który miałby się pojawić po 9 miesiącach w naszym i tak już mało poukładanym życiu.
Oczywiście pierwszy miesiąc lockdownu był dla mnie ciężki: pobudka, śniadanko, drugie śniadanko, obiadek, podwieczorek, przekąska, setna przekąska i tak do zajechania, póki mój jęzor nie sięgnął dużego palca mojej stopy. Do tego oczywiście dochodziła nauka i gigantyczny stos książek, które musieliśmy wspólnie z dzieciakami przerobić każdego dnia. Nie żebym narzekała, ale teraz rozumiem że szkoła jest zbawieniem dla rodziców. Chociaż plusem tej całej sytuacji było to, że przestałam być taksówkarzem swoich dzieci i mogłam popołudniami po prostu być w domu. Dawno nie doznałam tego stanu.
Wraz z koronawirusem, przyszedł narodowy test mojej cierpliwości i wyporności na narzekania osób trzecich. Osoby trzecie uważane za moją rodzinę kocham nad życie, jednak przebywanie z kimś 24 godzinny na dobę nie jest w mojej ocenie zupełnie normalne. Lubię mieć w domu czysto, a rutyna jest moim konikiem. Nagle w moim uporządkowanym świecie, padły wszystkie monumenty które skrzętnie zbudowałam przez te 12 lat. Nie było żadnej szansy aby utrzymać porządek, nawet gdy kilka razy dziennie przenosiłam nagromadzone zabawki z kuchni do pokoju dziecięcego, zbierałam szklanki z parapetów i mruczałam pod nosem, że stół w jadalni znów pełen jest dziwactw z którymi nie mam nic wspólnego.
 Po pierwszym miesiącu iskrzenia i napięć w końcu ogarnął nas spokój i doszliśmy do wniosku, że jest nam wspólnie całkiem sympatycznie. Zbudowaliśmy naszą domową rutynę od nowa: zrobiłamplanery dzienne, a dzieci zaczęły same ogarniać sobie śniadanko, drugie śniadanko, przekąskę oraz setną przekąskę, dzięki czemu mogłam w końcu zebrać myśli i działać tak, aby nie musieć narzekać, że koronawirus złamał mojej życie. Chyba już jestem takim typem, że lubię iść pod prąd, a najbardziej wydajna oraz skoncentrowana jestem w patowych sytuacjach.
Prawdziwa gra o tron zaczęła się wraz z końcem roku szkolnego i wtedy kiedy moje najstarsze dziecko powiedziało: „Mamo! To już koniec roku, więc muszę mieć czerwony pasek!!!” Przyrzekam Wam, że słowa: „muszę mieć czerwony pasek” oznajmione 5 czerwca działają na mnie jak płachta na byka, ale obstawiam, że każda matka odnotowuje w takiej sytuacji wstrząsy sejsmiczne w swoim organiźmie. Postanowiłam zagryźć pięść w ustach i pomóc dziecku spełniać pragnienia. Mam nadzieję, że nie wyjdzie mi to kiedyś bokiem…
Generalnie obiecałam sobie, że jak przejdziemy  czas domowego, przymusowego i międzynarodowego siedzenia w domu to gdy tylko sytuacja mi na to pozwoli oddeleguję dzieci do moich rodziców i braci mieszkających na wsi. Tak też się stało, ale pisząc tak zupełnie serio uważam, że rodzice powinni zrobić wszystko, aby chociaż parę dni w roku mieć dla siebie. My staramy się tak robić dopiero od niedawna, ale lubimy się umacniać w przekonaniu, że nam razem dobrze i mamy inne tematy oprócz pracy oraz dzieci.
Pierwsze dwa dni spędziliśmy w Kołobrzegu u naszym znajomych, gdzie pierwszy raz zetknęłam się z rzeczywistością- bynajmniej nie koronawirusową, bo ilość osób na plaży była lekko pisząc: dosyć duża. Udało nam się pójść na wieczorny spacer, a mój Mąż zorganizował mi piękną sesję zdjęciową telefonem. Jest coraz lepszy w te klocki i nawet jego ręka już nie trzęsie się tak jak kiedyś, gdy oznajmiałam „zrób mi proszę zdjęcie”

Wiem, że chcieliście abym napisała trochę o tej stylizacji, więc uprzejmie donoszę, iż piękny, długi, wełniany i bardzo ciepły kardigan pochodzi od Bohoboco, lniana suknieka z tegorocznej kolekcji Zary. Z tej samej sieciówki pochodzi również słomiany kapelusz z którym praktycznie się nie rozstaję. Uwielbiam letnie nakrycia głowy, ale temu wątkowi chciałabym poświęcić osobny wpis na blogu. Jeżeli chodzi o ubrania z sieciówek, to tak jak już kiedyś pisałam lubię naturalne materiały a i takie można znaleźć w większości na stronach internetowych popularnych i nie koniecznie bardzo drogich sklepów.

Po dwóch dniach kompletnego lenistwa, rozmów i czytania książek, przerzuciliśmy się do Sopotu, gdzie czekały na Czara małe obowiązki zawodowe. Mimo wszystko udało nam się, wziąć analogowy aparat i zrobić piękną sesję zdjęciową na plaży. Kocham te nasze momenty, kiedy jesteśmy we dwoje i możemy po prostu porozmawiać o życiu. Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że dla osoby mojego Męża, który przeszedł w życiu bardzo dużo, ciężko jest już namówić go na nowe wyzwania. Z drugiej jednak strony, bardzo chcę żebyśmy mieli wspólne pasje i zainteresowania, bo one pozwalają cieszyć się sobą przez długie lata. Do tego wszystkiego dochodzi magia fotografii analogowej, która dla mnie jest absolutnie nie do podrobienia. Żadna, nawet najlepsza cyfrówka nie jest w stanie oddać tej jedynej, zatrzymanej chwili.  Każde ujęcie jest przemyślane, bo przecież mamy tylko 36 klatek do wykorzystania.
Zobaczcie naszą sesję z Sopotu.
 

Oczywiście padły na Instagramie pytania i o tę stylizację. Piękne beżowe kryte sandałki z ażurowymi wycięciami pochodzą ze sklepu L37, a biały tłoczony golf z mojego ulubionego sklepu Uterque. Okulary korekcyjne to stara kolekcja Chanel, które kupiłam dawno temu w Rivierze.

Spędziliśmy naprawdę sympatyczne dni na wybrzeżu. Do południa skorzystaliśmy z tajskiego masażu, obiad zjedliśmy w ulubionej restauracji MOON, a wieczorami spotykaliśmy się ze znajomymi. Mamy ich w Trójmieście całkiem sporo i na tyle dużo, że ze spotkania na spotkanie przychodziliśmy spóźnieni. Jak tylko miałam trochę czasu, to sięgałam po swoją lekturę. Obecnie to Nienacki i jego „Raz w roku w Skiroławkach” Mało kto wie, że autor Pana Samochodzika, napisał… erotyk. Taki przy którym wszystkie współczesne chowają się, a miejsce akcji, czyli Mazury nad jeziorem Jaśkowskim sprawiają, że przygody miejscowej ludności owiane są niesamowitą tajemnicą i magią. Polecam!Kolejnym i ostatnim przystankiem naszej wyprawy był Janów Podlaski. I tam również (jak widać poniżej) aparat analogowy poszedł w ruch, a w sesji towarzyszyły nam przepiękne konie arabskie. Jak widać i siano okazało się kuszącym elementem naszej scenografii, a ja tak zakochałam się w tych majestatycznych zwierzętach, że postanowiłam sobie od nowego roku szkolnego, dołączyć do moich dzieci i także uczęszczać na zajęcia z jazdy konnej.Te parę dni minęło bardzo szybko, może dlatego że i na brak zajęć nie narzekaliśmy. Na szczęście zdążyliśmy  nacieszyć się sobą, chociaż przyznam Wam szczerze, że co chwila zastanawiałam się co właśnie teraz robią moje dzieci…

Wasza Ciocia Edytka 

„Czego pragną kobiety- jej wysokość biała koszula”

Pewnego dnia spakowałam większość moich ubrań do kartonowych pudeł, podpisałam czarnym markerem „Amelka” i zaniosłam do piwnicy. Teraz grzecznie czekają, aż starsza córka dorośnie i wybierze z nich coś dla siebie. Sama trochę nie wierzę w to co zrobiłam, bo raczej ciężko rozstaję się z jakimikolwiek swoimi rzeczami i przyznam Wam szczerze, że tak zwany „przesiew” w ubraniach zrobiłam pierwszy raz, odkąd się przeprowadziłam do Warszawy, czyli jakieś 13 lat temu.


Także od dzisiaj na blogu Just Keep Living będę pisać również o modzie :) ale tylko trochę: na moich zasadach i nie o takiej typowej z kolorowych magazynów za mnóstwo pieniędzy i nadającej się tylko do podziwiania w sklepowej witrynie, lecz o tej która znajduje się w mojej szafie.
Lock down sprzyjał gruntownym porządkom w moim domu, a wraz z biegiem lat zamieniłam kolorowe, przaśne sukieneczki i opięte biodrówki na nieco stonowane oraz uniwersalne części garderoby. Cenię stylową modę, a przede wszystkim coraz bardziej lubię się nią zajmować, interesować, poznawać i o niej czytać. Na przełomie lat trend ubierania się ewoluował, ale wiemy że historia lubi się powtarzać, a moda powracać. Istnieją takie ubrania, które zapewne nigdy nie wyjdą z mody, a jedynie będziemy zestawiać je z coraz to innymi dodatkami czy częściami garderoby. Być może nawet na chwilę o nich zapomnimy, aby z jeszcze większym zapałem i tęsknotą przywrócić je znowu do łask i podziwiać w nowej, bardziej modernistycznej odsłonie. Niewątpliwe do grona tak zwanych klasyków możemy zaliczyć białą koszulę, która jest z nami już od końca XIX wieku i służyła jako uzupełnienie bardzo eleganckiego stroju, ubieranego na specjalne okazje. W sumie nadal tak trochę jest, gdyż dzieci na rozpoczęcie roku ubierają właśnie białą bluzkę, a jeszcze kilka lat temu „dress code” rozmowy kwalifikacyjnej o pracę to biała koszula, ołówkowa spódnica lub eleganckie spodnie oraz czółenka.

Biała koszula to podstawowa część mojej garderoby, choć przyznam szczerze, że porzuciłam ją na kilka lat, gdy moja koleżanka powiedziała mi żebym nie nosiła koszul, bo będę wyglądać jak Pani z banku lub uczennica na rozpoczęciu roku szkolnego… Generalnie wzbudziła we mnie mieszane uczucia, bo przecież nigdy nie chciałam wyglądać aż tak formalnie. Nic bardziej mylnego.
Do białej koszuli powróciłam ponad rok temu za sprawą jakiegoś medialnego wydarzenia. Rita była malutka, a mi kompletnie nie chciało zagłębiać się w wieszakowe czeluści i obiecałam sobie, że założę na siebie pierwszą lepszą rzecz na której zatrzymam wzrok. Padło na białą koszulę i jeansy… W pierwszym momencie pomyślałam sobie, że to będzie najprawdopodobniej najgorsza stylizacja w całej mojej medialnej 12- letniej bytności, jednak wówczas przy trójce dzieci i obowiązkach: od nauki o amebie, po tabliczkę mnożenia i przewijanie pieluch, chciałam wyrwać się choćby na chwilę, gdybym miała nawet ubrać na siebie worek po ziemniakach. Klasyka okazała się strzałem w dziesiątkę, a ja polubiłam biel w eleganckim wydaniu na nowo.


Kupiłam kolejne koszule, stawiając przede wszystkim na len i 100 bawełnę, gdyż uwielbiam naturalne materiały. Białe bluzki mają ten wielki plus, że posiadają wiele twarzy i można je zestawiać niemalże ze wszystkim tworząc sportową elegancję czy casualowy szyk. Do moich ulubionych białych koszul w tym roku, zaliczam na pewno tę Uterque (zdjęcie poniżej) Ta prosta bluzka z dodatkiem organzy w żakardowy wzór to mój hit i mimo, że (jak wyżej wspomniałam) preferuję naturalne i wygodne materiały, to nie żałuje jej zakupu, a w zestawie z ołówkową spódnicą to prawdziwy klasyk. W jakim zestawie ubieram jeszcze białe koszule? Odpowiedzi poniżej w punktach, bo prościej i niech będą dla Was inspiracją (obiecuje następnym razem przykłady zdjęć na żywym organizmie, jednak muszę sprawić sobie fotografa lub zainwestować w końcu w dobry statyw :))


1) Biała bawełniana koszula z jeansami o wysokim stanie. Do tego brązowy pasek, torebka listonoszka i niewysokie czółenka w kolorze nude lub brązowym.
2) Biała, długa lniana koszula w połączeniu z czarnymi szortami- kolarkami (hit tego lata) i białymi sportowymi butami.
3) Biała bawełniana koszula z brązowymi bryczesami (lub w lecie zamszowymi szortami) słomkowym kapeluszem i plecioną torebką typu shopper.