Ciasto drożdzowe z rabarbarem.

Sezon na rabarbar w pełni. Któż z nas nie pamięta przedszkolnego kompotu z tego warzywa z dodatkiem jabłek? Moje wspomnienia wróciły wraz z tworzeniem dla Was przepisu na ciasto rabarbarowe. Z resztek oczywiście ugotowałam napój dla całej rodziny, który zniknął ze stołu w pięć minut. Jeżeli macie okazję to spakujcie kosz, koc, upieczone ciasto i kompot do kosza. Na świeżym powietrzu i wśród pachnącego bzu smakuje jeszcze lepiej :)

Wczoraj postanowiłam skorzystać ze słonecznej pogody, pięknych okoliczności natury i zrobiłam ciasto patrząc się na lustro jeziora i otoczający je las. Jako mała dziewczynka pamiętałam moją babcię, która jak tylko mogła wynosiła całą swoją pracę przed dom; nawet tak proste zajęcie jak obieranie ziemniaków.  Dziwiłam się jej wówczas bardzo, gdyż absolutnie nie rozumiałam fenomenu obcowania z naturą.  Oczywiście optyka zmienia się wraz z wiekiem człowieka i teraz gdybym tylko mogła, nie opuszczałabym w żadnym razie mojego "krakowskiego pola" Do dzisiaj mimo, iż staram się pilnować czasami nadal mówię, że idę "na pole" ;)

Wrzucam Wam mój przepis na ciasto drożdzowe z rabarbarem. Nie żałujcie na sam koniec lukru lub posypcie obficie cukrem pudrem ;)

SKŁADNIKI NA CIASTO

  1. 250 g. mąki
  2. 120 ml. mleka
  3. 120 g. miękkiego masła
  4. 30 g cukru pudru
  5. 20 g świeżych drożdzy 
  6. Starta skórka z pomarańczy 
  7. Jajko
  8. Żółtko

SKŁADNIKI NA OWOCOWY FARSZ

  1. 6-7 korzeni rabarbaru
  2. 2 gruszki
  3. Galaretka agrestowa lub kiwi.

WYKONANIE.

Podgrzej mleko z drożdzami, pamiętaj jednak aby nie zagotować mieszanki, gdyż drożdze stracą swoje właściwości. Wymieszaj mąkę, cukier, miękkie masło i skórkę z pomarańczy ręcznie w misie lub za pomocą miksera elektrycznego wyposażonego w hak. Następnie dodaj jajko, zółtko i  wlewaj po trochu mleka z dodatakiem drożdzy, zagniatając przy tym ciasto. Tak przygotowane ciasto przykryj ściereczką i odłóż w ciepłe miejsce na około godzinę, aby wyrosło.  Po odpowiednim  czasie rozwłakuj masę, tak aby boki pokrywały również dłuższe ściany blachy.

Posiekany rabarbar i gruszkę, wymieszaj z połową paczki galaretki po czym ułóż na cieście. Zagnij boki ciasta do środka. Tak przygotowane ciasto włóż do rozgrzanego do 180 stopni piekarnika na 25-30 minut. Koniecznie sewrujcie ciasto z tradycyjnie przygotowanym lukrem ( podgrzany cukier puder z sokiem z cyrtyny)

Smacznego!

„Ten czas”

Wiem, że mój ostatni wpis o Dominikanie był długi i nie wszyscy dotarli do końca :) Nawet przez pewien czas zastanawiałam się czy nie podzielić artykułu na dwie części, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że nowa nazwa bloga oraz jego szata graficzna zobowiązuje mnie, do czegoś naprawdę wyczerpującego i godnego Waszej uwagi.

Dziękuje wszystkim, za miłe wiadomości. Wiem, że nowy blog przypadł Wam do gustu. Dziękuję również za wszystkie uwagi, które są dla mnie bardzo cenne. Na pewno już niedługo, zgodnie z Waszymi sugestiami, pojawią się kategorie tak abyście łatwiej mogli znaleźć starsze wpisy.

Dzisiaj co nieco o umilaniu sobie wolnego czasu w dobie kwarantanny. Wiem, że termin „kwarantanna” oznacza bardziej czasowe i przymusowe odosobnienie ze względu na możliwość zachorowania, ale termin ten z wiadomych przyczyn) mocno zakorzenił się teraz w naszym rodzimym słowniku. Ciekawa jestem jak Wy nazywacie ten czas #zostanwdomu? ja często mówię o „przymusowym urlopie „czy „chwilowej przerwie”. No właśnie. Co tu robić, kiedy dokładnie wysprzątaliśmy każdy zakamarek naszego domu, powyrzucaliśmy niepotrzebne graty, które przerzucaliśmy do tej pory tylko z kąta w kąt? Ja postanowiłam w końcu przysiąść do skarpetek i rękawiczek, które samotnie nie mogły odnaleźć swojej drugiej połówki i odpaliłam swoją golarkę do swetrów, aby z pieczołowitością oczyścić czapki oraz szaliki ze zmechaconych grudek, które nazbierały się podczas ostatnich zimowych sezonów. Kiedy już chata została ogarnięta, może w końcu zacząć konsumować nasz wolny czas według znanej duńskiej filozofii Hugge? Tylko kiedy? Troje dzieci i e-learning? I wszystko postawione na głowie, bo teraz cała nasza praca przeniesiona jest do domowego biura i ogranicza się do własnego laptopa? Jak być szczęśliwym bez bliskich i spotkań z tymi których kochamy czy darzymy przyjaźnią od wielu lat?
Nie ma na to złotej recepty ale myślę, że skupienie się na domownikach i małych przyjemnościach na które do tej pory nie mieliśmy czasu- może okazać się naszym małym sukcesem.
Co to jest w ogóle to słynne „hygge”? Tak jak już wspomniałam termin ten oznacza duńską filozofię życia pełną szczęścia i bliskości. Okazuje się, że każdy z nas ma swoje, osobiste „hygge” z tym, że w naszym współczesnym, pełnym emocji i stresu życiu, ciężko nam dostrzec te jakże ważne dla nas momenty; kiedy spotykamy się z przyjaciółmi, oglądamy ulubiony film czy czytamy książkę po którą w końcu mogliśmy sięgnąć z półki domowej biblioteczki. Pytanie brzmi? Czy w tych chwilach rozluźnienia umiesz to docenić i w pełni z tego korzystać? Pamiętać, wspominać, dzielić się przeżyciami z najbliższymi? Myślę, że prawie każdy gotuje, uczęszcza na dodatkowe lekcje nauki języków, tańca czy uprawia sport. Ale czy naprawdę kiedykolwiek czerpaliście z tego niekłamaną radość? Ja zauważyłam, że przez nasz napięty rodzinny grafik, biegaliśmy tylko od jednych dodatkowych zajęć dzieci do drugich, a w międzyczasie czytaliśmy książkę czy oglądaliśmy ulubiony serial.
Jak to mawiają balijczycy: „Wy Europejczycy macie zegarki, a my mamy czas”
Być może „dzięki” koronawirusowi przyszedł w moim życiu czas na dostrzeżenie tego, co wypracowaliśmy sobie przez ostatnie lata, a nie tylko odhaczania kolejnych poziomów sukcesów.
W końcu mogłam z wielką rozkoszą wsłuchać się w grę na pianie moich dzieci. Amelka ubrana w piękne buty, usiadła dostojnie przy instrumencie i całą sobą grała, a nam obojgu sprawiło to niekłamaną satysfakcję. Nie sprawdzałam z zegarkiem w ręku jej umiejętności gry na pianinie, aby później szybko przejść do odrabiania lekcji czy przygotowywania kolacji. W niej samej dostrzegłam siebie, kiedy to jako mała dziewczynka przybiegałam do mojej mamy z własnoręcznie zrobionym na drutach szalikiem, aby sprawić jej przyjemność.
Teraz często, kiedy obie mamy gorsze dni mówię do niej: „Choć zagrasz mi na pianinie” Ja słucham, a ona oddaje mi z siebie to co najpiękniejsze. Wymieniamy się swoją dobrą energią i to jest ta bliskość, której teraz w namacalny sposób możemy doznać.
Muzyka jest stałym elementem naszego domu. Przenika nasze życie rodzinne w różnych jego aspektach: Antek gra na pianinie i gitarze, Amelka również śpiewa i tworzy własne utwory. Ja sama kilka lat temu zakupiłam gramofon z kilkoma jazzowymi winylami, które raczej do tej pory były tylko ozdobą mojego kącika przy oknie. Pewnego dnia układając moje ukochane piwonie w wazonie na stole, uruchomiłam sprzęt grający i nic tak dawno nie sprawiło mi tak dużej radości, jak obracający się krążek z wydobywającą się muzyką smooth jazzu.
Filiżanka cappuccino, widok na rozwinięte dostojnie kwiaty i w tle finezyjnie wybrzmiewająca „The Look Of Love” Dusty Springfield. Cóż można chcieć więcej? Może tylko jeszcze książka? Oj tak! Lubię powracać do ulubionych tytułów. Jednym z nich na pewno jest autobiografia mojego Męża. To nie tylko książka, ale przede wszystkim emocjonalna sinusoida, która nie raz przeniosła mnie ze wzruszenia wprost w szczery śmiech. „Byłbym zapomniał” jest bardzo ważną pozycją w moim życiu, nie tylko ze względu na poruszające wspomnienia Cezarego ale i fakt, że zdjęcie na okładce jest mojego autorstwa z czego jestem bardzo dumna.
Wszystkie moje książki, nie tylko czytam, ale i zaznaczam te najbardziej dla mnie cenne fragmenty; takie do których chętnie wracam, kiedy mam jakiś problem, stoję przed ważną życiową decyzją lub gdy po prostu mam ochotę podnieść się na duchu. Tak oto powstały moje osobiste albumy i pamiętniki, które teraz zaczynają swoje drugie życie. Z wielką pieczołowitością przeglądam półki sklepów papierniczych w poszukiwaniu takich wyjątkowych dzienników. W nich mogę znaleźć dosłownie wszystko.
Zapisuję ważne chwile z naszego rodzinnego życia, wklejam pamiątkowe zdjęcia jak to z 2008 roku, kiedy jeszcze jako para zakochanych udaliśmy się pod koło młyńskie w Chicago. Wówczas jako para bezdzietnych, żyjących chwilą ludzi, nie mieliśmy pojęcia, że w 2020 roku będziemy już rodzicami trójki wspaniałych dzieci. Te stworzone w moich osobistych zapiskach kontrasty dają mi teraz dużo motywacji i poczucia, że życie nie jest bezcelowe. Mimo wielu przeszkód jesteśmy tu i teraz, bardzo szczęśliwi w naszym rodzinnym domu pełnym zabawek, o które często potykamy się ciągnąc swoje zmęczone po całym dniu nogi do łóżka. Mój ulubiony cytat z książki Olgi Tokarczuk „Księgi Jakubowe” otwiera ten wyjątkowy dla mnie album, a w środku znajdują się między innymi zdjęcia z analogowego Zenitha, który pamięta moje pieluchy.
„Bóg stworzył człowieka z oczami z przodu, a nie z tyłu głowy, co znaczy, że człowiek ma się zajmować tym co będzie, a nie tym co było” No właśnie. To taki cytat, który idealnie wpisuje się w obecne czasy i daje nadzieję na lepsze jutro. Te słowa znajdują się na pierwszej stronie mojego dziennika, tak aby dosłownie ukazać sens ludzkiej egzystencji, a rodzinne zdjęcia są ucieleśnieniem teraźniejszości i przyszłości, które stworzą kolejną kartę pamiętnika z naszego życia.
Oczywiście w albumie nie brakuje moich perełek jak „Wiersz dla mamy” który napisała Amelka podczas mojej nieoczekiwanej wizyty w szpitalu. Wszystkie wyjątkowe rysunki, kartki oraz pamiątki zapisuję lub wklejam, ozdabiając je kolorowymi kształtami czy sensacjami jak ta widoczna na zdjęciu „Write your own story”.
W czasie pomiędzy e-learningiem, gotowaniem i popołudniowymi drzemkami Rity poszukuję inspiracji na blog. W szczególności tych kulinarnych. Mam mnóstwo zagranicznych książek kucharskich które są dla mnie bazą do tworzenia własnych przepisów i dzielenia się nimi z Wami właśnie tutaj. Zawsze starannie wybieram z mojego życia to co może okazać się dla moich czytelników wartościowe.

Mam nadzieję, że ten tekst również będzie działał pobudzająco na Waszą wyobraźnię i przede wszystkim serca. Wykorzystajcie ten czas na stworzenie swojego własnego Hygge nie tylko w stylu bycia czy życia, ale może w tworzeniu własnych wnętrz, czy atmosfery wokół siebie, które Was również wprawią w dobre samopoczucie. Czego Ciocia Edytka Wam życzy :)

Dominikana- Punta Cana i okolice

Wpis o Dominikanie zajął mi trochę czasu. Może dlatego, że miałam do sprawdzenia i wybrania dla Was kilkanaście zdjęć spośród tych 5000 (!), które zrobiłam podczas mojej wizyty na tej wyjątkowej wyspie.

Wiele osób pytało mnie czy to odpowiednie miejsce na  podróż z małymi dziećmi. To zależy.

Jeżeli Wasze pociechy kochają dalekie wojaże, to jak najbardziej jest to odpowiednie miejsce na rodzinną podróż. 

Amelia, Antek i Rita czuli się fantastycznie. No bo czemu nie? Słońce, ciepło, piasek, woda, baseny, piękna przyroda i kokosy prosto z palmy. 

Jeśli wybieracie się w tak daleką podróż, dobrze wcześniej zapytać o oferty biur podróży lub wykupić bilety czarterowe. Tylko takie gwarantują Wam bezpośredni lot z Polski do Punta Cana.

Na samym lotnisku powinniście uzbroić się w cierpliwość. Już podczas lotu, będziecie musieli wypełnić parę dokumentów, a na miejscu czeka Was trochę punktów kontrolnych. 

Do samego hotelu Paradisus Punta Cana dotarliśmy bardzo późno, lecz już wtedy ogrom zieleni i zapach morza zrobiły na nas niebywałe wrażenie. Sam obiekt jest tak duży, że można przemieszczać się meleksami, my jednak stanowczo preferowaliśmy spacery :)

Następnego dnia, przywitał nas bardzo miły ogrodnik i wręczył do picia kokosy prosto z palmy. Mimo, iż nasza oferta przewidywała usługi all inclusive, Dominikańczycy bardzo liczą na choćby dolara napiwku. Ich pensje są bardzo małe i tak naprawdę, to tak zwane tipy od przyjezdnych pozwalają im godnie zarobić. Średnia pensja lokalnego mieszkańca wyspy to około 200 dolarów miesięcznie. Dominikana słynie przede wszystkim z uprawy ryżu, trzciny cukrowej, kokosów czy tytoniu z którego ręcznie wyrabia się słynne na całym świecie cygara. 


Ubóstwo i bieda są widoczne na wyspie poza hotelowymi murami, niemalże na każdym kroku. Mimo, iż samym tubylcom nie powinno być do śmiechu, są oni pełni życzliwości; uwielbiają się bawić i tańczyć.

Niestety w parze z zabawowym trybem życia Dominikańczyków, idą popularne na wyspie używki takie jak: alkohol, narkotyki i hazard. Dominikana jest punktem przerzutowym kokainy między Ameryką Północną, a Ameryką Południową. Polacy również niechlubnie zasłynęli w tej dziedzinie, jak na przykład w 2011 roku, kiedy to jeden z naszych rodaków próbował przemycić narkotyki w żołądku. 

Lokalne drogi nie należą do najbezpieczniejszych. O ile można wybaczyć, że są one po prostu dziurawe i bez odpowiednich oznaczeń, to na samej wyspie nie obowiązują kierowców ograniczenia spożywania alkoholu. Rzecz jasna, samochody na Dominikanie są dobrem luksusowym, a większość tubylców przemieszcza się na motorach. Jeden podróżujący na dwukołowcu według Dominikańczyków jest marnotrawstwem, także widok trzech osób na jednym motorze, nie jest niczym nadzwyczajnym

 

Jeżeli popatrzycie na mapę, dobrze widać, że Dominikana sąsiaduje z Haiti. Tu się zatrzymam na dłuższą chwilę. 

Dominikańczycy nie lubią i boją się Haitańczyków. Na samej Dominikanie oprócz chrześcijaństwa dominuje  tak zwane białe voodoo. Oczywiście konflikty zbrojne, toczone pomiędzy Dominikaną i Haiti tylko nasilały ich napięte stosunki, ale warto zauważyć, że Haitańczycy są wyznawcami czarnego voodoo, który w oczach mieszkańców Dominikany, jest niczym innym jak czarną magią. 

Jaka jest więc różnica pomiędzy białym voodoo, a czarnym voodoo?

Białe voodoo to w najprostszych słowach mieszanka chrześcijaństwa z astrologią i wróżeniem czyli spirytyzmem. W każdych tradycyjnych rytuałach obecne są obrazki świętych, a same modły mają na celu przyciąganie dobrej energii. Czarne voodoo to nic innego jak rzucanie klątw i złej energii na osoby trzecie. W wierzeniach tych, istnieje mocne przekonanie o wskrzeszeniu zmarłych, (zombie) poprzez podanie żywemu trucizny, która działa przez krótki czas, ale na jej podstawie można stwierdzić zgon.  Podana mieszanka składająca się z tetrodotoksyny i bielunia działa przez chwilę, a osoba otruta staje się podatna na wszelkie prośby i aluzje. 

O ile Dominikana gospodarczo radzi sobie od kilku lat coraz lepiej, tak Haiti to skrajna bieda, a sami mieszkańcy nie są przyjaźnie nastawieni do ludzi z zewnątrz. Mieszkaniec Dominikany jest wdzięczny za każdy nawet najmniejszy gest okazanej pomocy, za to nasza przewodniczka ze strachem w oczach opowiadała mi historię swojej wizyty na Haiti. Otóż gdy Haitańczycy zobaczyli białych z darami, rzucili się na ich pojazd i przewrócili bus, którym przewozili podarunki. Wolontariusze cudem uniknęli tragedii i nigdy więcej nie wrócili już na Haiti. 

 

Teraz nieco więcej o przyjemnych stronach Dominikany :)

Oczywiście to z czego w pełni korzystałam podczas naszej podróży to lokalne owoce: mango, kokosy, ananasy, papaje, marakuje. Ku mojemu zdziwieniu w hotelu nie znalazłam owoców morza na które tak liczyłam . Podobno te oferowane w hotelach są importowane, a sama Dominikana lub część w której się znajdowaliśmy to raczej tylko langusty i ryby tęczowe.  Nie wiem czy to była tylko polityka hotelu, który prawdopodobnie zaopatrywał się w produkty spożywcze u jednego dostawcy, czy faktycznie problem połowu świeżych ryb czy krewetek jest poważniejszy…

Już następnego dnia w hotelowym lobby przywiały nas trzy piękne flamingi. Spotkanie tych barwnych zwierząt to nie tylko uciecha dla dzieci, ale i niezwykła pamiątka dla każdego turysty. Sama zrobiłam flamingom mnóstwo zdjęć i nie mogłam im się nadziwić do ostatniego dnia naszego pobytu. 

Oczywiście już kolejnego dnia, popędziliśmy ile sił w nogach na plażę. Piasek niczym mąka oplatał nasze nogi, a morze było wzburzone przez większość naszego pobytu. Wcale nam to nie przeszkadzało, ale należy pamiętać, że Dominikana to Karaiby, a przechylone od wiatru palmy, to stały krajobraz tej wyspy. Na samej plaży po jakimś czasie uzbroiliśmy się w cierpliwość, gdyż nasz błogi spokój co chwila zakłócali tubylcy, którzy oferowali nam: muszle, biżuterię z larimarem (niebieskim kamieniem), fotografię z małpką czy zrobienie tysiąca warkoczyków na jednej głowie. Oczywiście Amelka nie wytrzymała i musiała zafundować sobie (na szczęście mniej niż sto) plecione francuzy zakończone kolorowymi koralikami.

To był niesamowity czas mojej rozmowy z kobietą, która od urodzenia mieszka na Dominikanie. Rozmawiałyśmy o prawach kobiet na wyspie, o tym jak im jest ciężko. Ona sam miała trzymiesięczne dziecko, a mimo to, pracowała w pocie czoła, aby zarobić na utrzymanie rodziny. Przemoc wobec kobiet jest zjawiskiem powszechnym na wyspie, a pomoc socjalna na Dominikanie praktycznie nie istnieje. To co nadal wzbudza niemałe kontrowersje to fakt, że tubylcy mogą ubiegać się o dane stanowisko pracy w zależności od ich koloru skóry; im jaśniejsza, tym bardziej mogą liczyć na wyższe stanowisko i lepsze wynagrodzenie. Na samej wyspie podobno rozróżnia się aż kilka odcieni skóry, zaś dominikańskie kobiety uwielbiają białych mężczyzn i często właśnie z powodu koloru skóry, pragną mieć z nimi potomstwo. Mieszkanki wyspy liczą na to, że ich potomek o jaśniejszej karnacji będzie miał pewny start w życiu. 

Z kolorem skóry wiąże się jeszcze jeden, nieprzyjemny epizod w historii Dominikany. W październiku 1937 przeprowadzono na mieszkańcach Dominikany tak zwaną „rzeż Haitańczyków” potocznie zwaną „rzezią pietruszkową”.  Dyktator Rafael Trujillo nakazał wymordować Haitańczyków, co miało być zemstą za inwazję haitańską na Dominikanę. Mordowano ludzi za pomocą maczet i noży, a identyfikowano ich poprzez wypowiedzenie słowa „perejil” co znaczy „pietruszka”. Francuskojęzyczni Haitańczycy nie potrafili wypowiedzieć poprawnie „r”, co w oczach dominikańskiego wojska,  było wystarczającym powodem do mordu kilkuset tysięcy ludzi. 

Jeżeli macie ochotę zgłębić się w tę niechlubną machinę terroryzmu polecam Wam książkę: „Święto kozła”.  Mario Vargasa Llosy. 

 

Pewnie jesteście ciekawi moich wrażeń z samego hotelu Paradisus Punta Cana. Jak to bywa na Dominikanie, większość tego typu obiektów charakteryzuje się dużą ilością pokoi i ogromem ludzi. Dziesięć restauracji, osiem basenów, pięć barów, centrum rozrywki dla dzieci i można tak wyliczać w nieskończoność. Jedni będą zakochani w hotelu, który sam w sobie jest małym miastem, a inni nieco sceptycznie czytają mapę hotelowego obiektu myśląc: „o matko… jaki tutaj musi być harmider”.  Osobiście należę do tej drugiej grupy turystów, a hotelowe dyskoteki dudniące do 2.00 w nocy, powodują moją wieczną bezsenność. No niestety… Uwielbiam jeździć, zwiedzać i poznawać nowe miejsca, ale równie mocno nie lubię pijanych turystów, wrzeszczących po nocach i załatwiających swoje potrzeby w krzakach. Nas również spotkał „zaszczyt” sąsiadowania z amerykańską rodziną za ścianą, która postanowiła swój osobisty głośnik wraz ze swoim przaśnym muzycznym gustem wynieść na balkon… Na szczęście zostali szybko spacyfikowani przez pracowników obiektu i innych gości. 

Tak naprawdę ciężko jest znaleźć przyjemny butikowy hotel na Dominikanie, a na pewno nie znajdziecie go w ofercie biur podróży. Jeżeli chcecie znać moją opinię, to nie lubię molochów i zawsze preferuję małe hotele. Byłabym jednak niesprawiedliwa pisząc, że Paradisus był zaludniony przez turystów. Wcale nie było ich dużo, a ogólny spadek liczby przyjezdnych z USA sprawił, że niektóre hotele wyłączają część swoich budynków z użytku. Dzieje się tak za sprawą słynnych już wydarzeń sprzed kilku lat, o których było dosyć głośno w międzynarodowych mediach. Otóż śmiertelne zatrucia alkoholem wśród amerykańskich turystów, położyły się cieniem na dominikańskiej turystyce. Do dzisiaj tak naprawdę nie wiadomo, co sprawiło że trefny trunek trafił na wyspę. Niektórzy twierdzą, że to sprawa turystycznych porachunków i nieczystych zagrań konkurencji. Inni zaś uważają, iż to jedynie splot nieszczęśliwych wypadków i kolejny sposób na wyciągnięcie pieniędzy z odszkodowań, a wszyscy chyba wiemy, że amerykanie są mistrzami w te klocki. 

Paradisus Punta Cana należy do dużych resortowych hoteli, jednak niepełne obłożenie i rozległy obszar na którym znajduje się ośrodek sprawiał, że naprawdę nie czuć było obecności innych gości hotelowych. 

Duża ilość okazałych basenów sprawiła, że nie odbywały się słynne bitwy o leżaki i ręczniki, a donośna muzyka była obecna tylko podczas aerobiku. Ulubionym miejscem nas wszystkich był bar, który serwował różnego typu mojito; począwszy od tych tradycyjnych, po różnego rodzaju bezalkoholowe specjały.


Raz na jakiś czas odbywały się „piana party”. Obsługa hotelu dzięki specjalnej maszynie, wypełniała basen pianą, a wszyscy bywalcy Paradisus Punta Cana z chęcią bawili się skąpani bąbelkami, popijając drinki i tańcząc w rytm muzyki.

 

Dobrze… Zostawmy już hotel i pojedźmy zwiedzić Dominikanę; a raczej jej małą część… Z trójką dzieci niewiele da się zobaczyć, chociaż ja i tak uważam, że półtoraroczna Rita jest urodzonym podróżnikiem. Świetnie dała sobie radę podczas podróży na Saonę czy do Altos de Chavon.


Saona jest piękną wyspą, chociaż dotarcie na nią wiąże się z dosyć długą  i żmudną wyprawą katamaranem. Dla małego dziecka to dosyć uciążliwa podróż, ale starsi na pewno docenią uroki takiej wycieczki.  Jeżeli chcecie choć trochę poczuć się jak na tej popularnej pocztówce z rajskimi widokami, które dawniej mogliśmy podziwiać z zapartym tchem, to pobyt na Saonie na pewno przypadnie Wam do gustu. Na miejscu zjedliśmy langustę i mogliśmy nacieszyć swoje oczy niesamowitymi widokami lazurowego morza. Na wyspie spotkaliśmy także kraby, a jeden z nich poczęstował nawet naszą najstarszą córkę uszczypnięciem w mały palec u nogi… Cóż to był za krzyk… 


Jednym z punktów wycieczki na Saone był przystanek w Piscina Natural, gdzie mogliśmy ponurkować i spróbować znaleźć rozgwiazdy… No właśnie… „spróbować” to odpowiednie określenie. Otóż kiedyś obszar ten, pełen był tych morskich stworzeń, dopóki turyści nie postanowili robić sobie z nimi zdjęcia, wyławiając je z wody.  Rozgwiazda na powierzchni może przeżyć tylko kilka sekund i tak oto rozpoczęło się masowe zabijanie ich w zamian za pamiątkowe selfie… Podczas naszych kąpieli w Piscina Natural  było pełno turystów, jednak trzeba przyznać, że to raj na ziemi, a ten niezwykły lazurowy kolor morza, aż bił po oczach. 


Kolejną naszą wyprawą była wizyta w przeuroczym miasteczku Altos de Chavon.  Ten lokalny skarb, to replika śródziemnomorskiej osady z XVI wieku, a jej głównym budulcem jest kamień oraz koralowa skała wapienna.  Na miejscu mogliśmy podziwiać amfiteatr na około 5000 osób i kościół św. Stanisława, gdzie tuż obok roztacza się niesamowity widok na rzekę Chavon. 

Warto wejść do lokalnego bistro na koktajl, aby móc poczuć ten uroczy klimat miasteczka, czy zaopatrzyć się u miejscowych w słynny na Dominikanie niebieski kamień larimar. 

Następnie udaliśmy się do dominikańskiej szkoły, która niczym nie przypomina tych naszych w Polsce. Dzieci młodszych klas uczą się w budynku pokrytym blachą, więc można sobie tylko wyobrazić, jak gorąco jest im w letnich miesiącach. Starsze dzieciaki przebywają na powietrzu i mają tylko dach nad głowami, chroniący ich przed deszczem. Rok szkolny na Dominikanie teoretycznie zaczyna się we wrześniu, a w praktyce zależy to od rządu- czasami uczniowie idą do szkoły dopiero w październiku czy w listopadzie. 

/assets/v1/blog/images/img2/photos/JPEG/5ea45ab2dbfc1.jpg

Wizyty turystów w lokalnych szkołach są  często dla dominikańskich dzieciaków zbawienne, gdyż dostają od zwiedzających: kredki, zeszyty czy inne rzeczy niezbędne do nauki. Sama pozbierałam parę zabawek, które ze sobą przywieźliśmy z Polski i podarowałam dzieciakom podczas naszego spotkania. Warto zaznaczyć, że obowiązek szkolny na Dominikanie trwa do 14 roku życia, a później młodzież często nie kontynuuje nauki, gdyż nastolatkowie zmuszeni są iść do pracy, aby utrzymać rodzinę. Dzieje się tak, gdyż dominikańskie domy zazwyczaj zamieszkują wielopokoleniowe rodziny; począwszy od dziadków, po wnuki i wujostwo. Tak oto z tym dosyć specyficznym trybem zamieszkiwania domów przez Dominikańczyków, wiąże się powołanie do życia tak zwanych cabanas, czyli małych hotelików wynajmujących pokoje na godziny. Wyobraźcie sobie teraz parę młodych ludzi, którzy mają ochotę na „ małe co nieco”, a tu w tym samym pokoju  tuż obok śpi jeszcze: mama, tata babcia i parę innych dzieciaków od brata czy siostry. Czyli w sumie jakieś piętnaście osób..hmmm…? Wówczas Dominikańczycy idący „za potrzebą” mogą sobie wynająć na godzinkę lub dwie taki pokój, w którym bez stresu załatwią swoje życiowe sprawy. W sumie pomysłowo, a zdjęcie takiego cabanas możecie zobaczyć poniżej. Szału nie ma, zapach nieprzyjemny, ale jak mus to mus.

Dominikański dom, który mieliśmy okazje zobaczyć i zwiedzić, również zamieszkiwało kilkoro członków jednej rodziny trudniącej  się rolnictwem. Poznaliśmy między innymi proces uprawy kawy czy kakao, a póżniej pokazano nam etapy wypalania i doprowadzania ziaren do tej postaci, którą już wszyscy dobrze znamy i możemy zakupić w sklepie. 

Rozległe gospodarstwo zrobiło na mnie duże wrażenie, a mój wzrok przykuły umieszczone w klatkach koguty. Jak się później okazało, kochający hazard Dominikańczycy, wykorzystują samce do słynnych walk kogutów i często przegrywają podczas zakładów niemałe pieniądze.

Kolejnym punktem na naszej mapie była oczywiście mała manufaktura cygar, gdzie dokładnie mogliśmy przyjrzeć się procesowi powstawania wyrobów tytoniowych. Oprócz cygar mogliśmy kupić  słynny na Dominikanie Mamajuana- czyli zmieszany rum, z czerwonym winem, miodem i korą z ziołami. Tubylcy wierzą, żę Mamajuana to afrodyzjak (płynna viagra), a sam trunek często stosowany jest przy różnych schorzeniach (trochę jak kiedyś nasz Amol)

Dominikański klimat, czyli wysokie temperatury i duża wilgotność sprawiają, że na wyspie istnieją bardzo korzystne warunki do uprawy tytoniu. Ale co wpływa na tak idealny smak dominikańskich cygar? Oprócz sprzyjającego klimatu, to związki mineralne zawarte w glebie mają duży wpływ na zapach i smak liści. Mówi się, że dzisiaj Dominikana eksportuje na świat ponad 350 milionów cygar rocznie. Handel na wyspie kwitnie, a my żeby się o tym przekonać na własne oczy 

udaliśmy się na lokalny targ… I to było dopiero mocne przeżycie…

Za dużo nie napiszę, gdyż na widok dwóch odciętych krowich głów leżących na stole przykrytym starą, zakrwawioną ceratą- odleciałam… W każdym razie pisząc najprościej,  na dominikańskim targowisku nie obowiązują żadne przepisy sanitarne a niektóre zwierzęta jak na przykład kury, zabija się tutaj na miejscu, żeby były świeże. Odór krwi i zapach mięsa jest tak intensywny i odpychający, że Antek zaczął płakać, a ja udawałam, że nie widzę krwi spływającej rynsztokiem. Jednego można być pewnym. Dominikańczycy dobrze wiedzą, że w ich gorącym klimacie muszą sprzedać świeże mięso od razu, bo jeśli na takowym usiądzie  mucha oznacza to, że nie nadaje się już do spożycia, bo jest po prostu zepsute. 

Oprócz wyrobów spożywczych: owoców, warzyw, ziół, na lokalnym targu można kupić artykuły przemysłowe. Z zapachem miksu: proszku do prania, mydła, pasty i plastiku bardzo mocno wiążą się moje wspomnienia z dzieciństwa. Otóż jakieś 25 lat temu,  obok przedszkola w którym pracowała moja mama był sklep z artykułami przemysłowymi i śmierdziało w nim dokładnie tak samo jak w tej technicznej części dominikańskiego targu :) Myślę, że wielu z Was również pamięta ten specyficzny zapach dzieciństwa. Parę kroków od przemysłowej części bazaru można było natknąć się na  stoiska z „akcesoriami” do wróżenia, modłów i przepędzania złych mocy. Dominikańczycy zaopatrują się tu w święte obrazki, artefakty czy przeznaczone do palenia podczas modlitw specjalne zioła.

Niewątpliwie wrażenia z dominikańskiego targu zostawiły mocny ślad w mojej pamięci więc podczas późniejszego lunchu ciężko mi było cokolwiek przełknąć. Posiłek zaserwowano nam w lokalnej restauracji, gdzie mogliśmy zjeść m.in. tęczowe ryby. A i tutaj spotkał nas brutalny kontakt z rzeczywistością. Miejsce to jak chyba większość na Dominikanie nie grzeszyło czystością. Zanim posadziłam Ritę na dziecięce krzesło-  porządnie je wyszorowałam i spryskałam płynem dezynfekującym. Po krótkiej chwili obok nas pojawiły się żebrzące dzieci, które są niestety dosyć popularnym widokiem na wyspie. W zamian za dolara oferowały  mycie butów czy polewanie nóg zimną wodą. Jeden z chłopców ukrył się za stolikiem, a my w pełnej konspiracji przynosiliśmy mu jedzenie. Niestety, kiedy właściciel lokalu zorientował się, że ma nieproszonego gościa, natychmiast go wyrzucił. 

Chciałabym Wam napisać o jeszcze jednej atrakcji i wycieczce, która zostanie w moim sercu na zawsze. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest rozrywka dla wszystkich ze względu na wysoką cenę, ale może jednak warto wcześniej zaoszczędzić i zafundować sobie lot helikopterem na dziewiczą plażę. Wydawało mi się, że takie miejsca na ziemi po prostu już nie istnieją, a jednak są i można je dotknąć  i poczuć gołą stopą. Wrażenia są niesamowite, a tuż po wylądowaniu pilot poczęstował nas kanapkami i zimnymi napojami, które spożywaliśmy patrząc na bezkresną plażę bez dobrze nam znanego widoku ludzi z drinkami i osobistymi głośnikami typu bluetooth. Warto zaznaczyć, że sam lot helikopterem jest jednak przygodą dla ludzi o mocnych nerwach, gdyż Dominikana jest bardzo wietrzną wyspą, co proporcjonalnie przekłada się na liczbę i siłę turbulencji. 

W każdym bądź razie Rita przespała lot w obie strony, a Antek całą drogę testował lotniczy system łączności, gadając do głośnika w swoich słuchawkach. Cezary zaś żywo dyskutował z pilotem w „dziwnym’’ języku zagłuszanym przez huk helikoptera. Jak się potem okazało pilot, rodzimy Dominikańczyk, miał żonę Czeszkę i chłopaki konwersowali po czesku, mając niezłą z tego zabawę.

Podsumowując: podróż na Dominikanę była przygodą życia. Piękne, białe plaże z przechylonymi od wiatru palmami, które oglądałam niegdyś tylko na szklanym ekranie, stały się dla mnie i mojej rodziny rzeczywistością. Jeżeli planujecie swoje podróże, niech ten tekst będzie dla Was zachętą do wizyty na tej rajskiej wyspie. To  zupełnie inny świat-  pełen cudownych kolorów i szczęśliwych ludzi.