„Uwaga, uwaga nadchodzi”

Michał Wiśniewski, pseudonim „Prusak” był radiotelegrafistą i członkiem Armii Krajowej. Dzięki mojej przyjaciółce Monice Muras mogłam porozmawiać z jej babcią. Alicja Muras, urodziła się w 1930 roku i opowiedziała mi o: wojnie, powstaniu, tacie oraz życiu codziennym w okupowanej Warszawie.

Jaka była atmosfera przed wybuchem II Wojny Światowej? Pani pisze w swoich wspomnieniach, że rodzice o tym dyskutowali, zamykali się w pokojach, mama była zdenerwowana.

W sierpniu wszyscy o tym rozmawiali, szczególnie starsi, którzy pamiętali I Wojnę Światową. Wojskowi byli bardzo zainteresowani tematem, tak jak na przykład mój tata, który skończył szkołę wojskową, był radiotelegrafistą. Wiadomo, że jak będzie powołanie do wojska, to takich jak on powołają w pierwszej kolejności. Faktycznie nastrój nerwowości można było wyczuć wśród ludzi.

Kiedy tak na prawdę dla Pani rozpoczęła się II Wojna Światowa? Z podręczników wiemy, że to był 1.09.1939 roku, a dla Pani? Mnie się wydaje, że dla każdego ta data była inna.

Dla mnie osobiście wojna zaczęła się 2-3 września. To był, piękny, słoneczny, bezchmurny dzień. Wówczas mieszkaliśmy na ulicy Stanisława Augusta, a nasze okna wychodziły na Waszyngtona. Pomiędzy Kinową, a Wałem Miedzeszyńskim były pola, gdzie pasły się krowy. Tam stały również baterie przeciwlotnicze oraz balon- tak zwany Zeppelin. To był 3 września, wszyscy byliśmy przed domami, upominano nas abyśmy schowali się do budynków, ale my jako dzieci nie wiedzieliśmy co to znaczy nalot myśliwców czy jakieś kule, którymi do nas strzelano. W pewnym momencie zaczął spadać samolot. Wszyscy krzyczeli: „O! Niemiec spada, Niemiec spada!” Za chwilę z tego samolotu widać było spadochron i okazało się, że to żaden Niemiec, tylko nasz Polak. Tak właśnie dla mnie zaczęła się II Wojna Światowa.

Dzisiaj rano próbowałam sobie wyobrazić co czuli ludzie, którzy 1 sierpnia 1944 roku wiedzieli, że nadejdzie godzina „W” i już nie będzie odwrotu. Jak długo przygotowywano się do Powstania Warszawskiego? Pani była świadoma, tego co ma się za chwilę wydarzyć?

Tato jako zawodowy telegrafista, który pracował na Poczcie Głównej, był ścigany przez Niemców listem gończym, dlatego musiał uciekać z Warszawy. Wyjechaliśmy razem do rodziców mojej mamy, gdyż mężczyzna z dzieckiem przy boku był mniej podejrzany.
Pomimo tego, tata cały czas działał, a już w 1943 dostał rozkaz powrotu do Warszawy, gdyż dowiedział się, że szykuje się powstanie.

Widziała Pani jaka była atmosfera przed powstaniem?

Tak. Ludzie byli pełni zapału. Wydawało im się, że powstanie to będzie kwestia paru dni i przyjdą Rosjanie. Stąd w ludziach widać było tę pewność i chęć walki.

Jak to się stało, że Pani tato był członkiem Armii Krajowej?

Tata w 1939, kiedy rozpoczęła się wojna, pracował na Poczcie Głównej przy Nowogrodzkiej. Wówczas założyli koło dywersyjne „ZWZ- Związek Walki Zbrojnej” gdzie tata składał przysięgę i ślubował. Po pewnym czasie ZWZ automatycznie przekształciło się w AK.

Wie Pani co najbardziej zapamiętałam z Pani zapisków? Tę opowieść, kiedy była Pani małą dziewczynką i przyjechała na rynek do Szczuczyna. Mama zostawiła Panią na chwilę z woźnicą, aby coś załatwić i wtedy zobaczyła Pani dwóch niemieckich żołnierzy, którym pewien starszy człowiek nie zdążył zejść z drogi.

Tak. To było w Rzeszy i to był mój pierwszy kontakt z butą niemiecką. Ja nawet nie muszę oczu zamykać, nadal to widzę... To było straszne przeżycie. Pewien starszy człowiek, nie zdążył zejść z chodnika na jezdnię dwóm niemieckim oficerom, co było wymogiem w tamtych czasach. Wtedy oficer uderzył tego starszego pana szpicrutą w głowę. Było słychać trzask pękniętej czaszki, polała się krew, a woźnica zakrył mi usta żebym nie krzyczała…
Pamiętam równie dobrze śmierć chłopaka, który pasł krowy na łąkach. Niemieccy żołnierze wycelowali do niego jak do kaczki i zastrzelili.

Wśród tych wszystkich tragedii o których Pani opowiada, ludzie jednak potrafili się zjednoczyć w czasie wojny?

Ludzie byli bardzo zjednoczeni. W obecnych czasach… Nie mam pojęcia co się z ludźmi stało... Oczywiście byli różni, ale normalnie jak ktoś miał coś do zjedzenia to przynosili co mieli i wspólnie gotowali.
Przecież Andrzej, syn cioci Krysi urodził się w przejściowym obozie w Pruszkowie w 1944 roku. Tam w ogóle nic nie było, nie było mowy o mleku, a kobiety nie miały pokarmu w piersiach. Ludzie przynosili jej ze stołówki, to co udało im się wykraść. Sama nie wiem, jak oni przeżyli.

Bardzo mnie ujęło jak Pani opowiadała o tym, że ludzie przynosili Pani mamie to co mieli do jedzenia, a ona z tego gotowała zupę dla wszystkich.

Tak. Mama miała taki wielki sagan. Najpierw w nim bieliznę gotowała, później go szorowała, po czym dla wszystkim w tym samym garze zupę gotowała.

Czy ukrywaliście Żydów?

Moja mama z sąsiadką jeździły do Lwowa i stamtąd przywoziły po jednej osobie do Warszawy. Pamiętam, że były u nas trzy osoby. Pierwszą była dziewczynka Alinka. Młodsza ode mnie. Była krótko. Ktoś przyjechał, odebrał ją i transportował dalej. Drugi był mężczyzna, około trzydziestki, przystojny, mecenas. Był kilka godzin. Trzeci, chłopiec Staś, troszkę starszy ode mnie, był kilka dni. Gdy któregoś dnia wyszłam przed dom się z nim pobawić, dołączyły do nas dzieci sąsiadki. Ów sąsiadka, krzyknęła do swoich dzieci, że mają się z nim nie bawić "że nie widzą jaka to rasa?". Po tym incydencie, mama od razu ubrała Stasia i w pośpiechu gdzieś go wywiozła. Od tamtej pory, nie było u nas już nikogo.

Gdzie Pani była w momencie, kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie?

Dokładnie tam, gdzie mieszkaliśmy, czyli na Ulicy Stanisława Augusta. Z moich okien widziałam całą panoramę Warszawy. Z mamą i babcią siedziałyśmy całymi dniami i nocami przy tych oknach- po drugiej stronie był mój tato. To było coś niesamowitego. Na początku widać było pikujące samoloty i spadające bomby. Po kilku dniach widać było ogień, a na końcu tylko jedną, wielką, czarną chmurę nad Warszawą. Ziemia drżała.

Widziała Pani, że Warszawa gaśnie?

Niestety tak.

Miałyście jakiekolwiek wiadomości, co dzieje się z Pani tatą?

Zupełnie nic. Żadnych wiadomości. Nawet długo po powstaniu nie wiedzieliśmy co się z nim dzieje.

Kiedy zobaczyła Pani tatę?

Dokładnie nie pamiętam. Tato po powstaniu dostał rozkaz, aby przedostać się pod Częstochowę. Na szczęście udało mu się. Tata podszedł do jakiejś kobiety, wziął od niej dziecko na rękę i razem doszli do obozu przejściowego dla ludności cywilnej w Pruszkowie. Nie było to łatwe, bo Niemcy wyciągali z tłumów względnie młodych mężczyzn i kierowali ich do wywiezienia do obozów. Później tata wykorzystał nieuwagę policji, wskoczył na wóz z węglem, wyrwał woźnicy lejce i w ten sposób uciekł z obozu,

Dostałyście jakąkolwiek wiadomość, że żyje?

Nic. Dopiero jak się zjawił w drzwiach.

Czy Wy w ogóle planowaliście przyszłość?

Nic nie planowaliśmy. Żyliśmy z dnia na dzień. Człowiek nic nie miał, chcieliśmy przetrwać tu i teraz, a zobaczymy co nam przyniesie jutro.

Jakie są odczucia 9 letniego dziecka, do którego przychodzi wojna?

Nie byłam do końca świadoma tego co się dzieje. Dla mnie ogromny strach wzbudzały samoloty. Jak zbliżał się front, to słychać było przeloty bombowców.
To nie jest tak jak dzisiaj, że leci samolot i słychać go gdzieś w oddali. Bombowce naładowane były bombami i to był paraliżujący warkot, a dodatkowo słychać było głos tak zwanej „szczekaczki”. „Uwaga, uwaga nadchodzi”
Zamykało się okna, gasiło światła. Finalnie Niemcy raczej bombardowali cele strategiczne: fabryki, zakłady zbrojeniowe. Gdy robiło się cicho znów słychać było ogłoszenie: „Uwaga, uwaga przeszedł”

A jak dzisiaj lecą samoloty, co Pani czuje?

Boję się, szczególnie gdy słyszę samoloty wojskowe.

Dorośli rozmawiali z Wami o wojnie? Tata dzielił się wspomnieniami?

Tata w ogóle nie chciał z nami dzielić się wspomnieniami. Nie raz wypytywałam go o powstanie. Tak było ciężko z niego cokolwiek wyciągnąć... Raz tylko wygadał się nam, że w czasie wybuchu zasypało go z radiostacją i nie mógł przez dwa dni pracować.

Powiedział Pani kiedykolwiek, dlaczego o tym nie chce rozmawiać?

Powiedział mi: „Co tu dużo mówić, było i trzeba żyć tym co jest teraz”

Ciekawa jestem jakby zareagował na obecne czasy… Kiedy to stawia się kolejne pomniki.

Tata był bardzo skromnym człowiekiem i nie potrafił upiększać. Po wojnie przecież przychodzono do niego wielokrotnie, chciano z nim robić wywiady. Szczególnie po tym jak później znalazł się w więzieniu na Łubiance (Moskwa) i szukano obciążających informacji na temat Rosjan.

Jak wyglądała Pani codzienność w czasie wojny?

Jak u nas wyglądał dzień? Wstawaliśmy rano, jedliśmy to co było. Nie mogliśmy się za bardzo oddalać. Dobrze pamiętam, gdy w 1939 roku mieszkaliśmy w Karwowie przez jakiś czas. Leżałam z Gienią za stodołą i nagle zobaczyłam w oddali samolot. Zawołałam: „Gienia uciekamy” a ona na to: „Co Ty, to nasz” Ja jednak zaczęłam uciekać, Gienia za mną, a samolot zaczął strzelać w naszą stronę. Dosłownie za plecami lądowały kule, ale zdążyłyśmy ukryć się za stodołą.
Nikt nic nie miał, była straszna nędza. W 1940 roku otworzyli szkoły powszechne, ja uczęszczałam na Siennicką do drugiej i do trzeciej klasy.

To jak wyglądał ten dzień?

Ludzie starali się żyć normlanie, czasami działali przekornie i zaczęli sobie żartować z Niemców. Myślę, że chcieli sobie jakoś ulżyć. Na przykład były kina, ale na ogół Polacy nie chodzili do kin, bo przed każdym filmem puszczano kroniki, gdzie pokazywano zwycięską armię niemiecką. Dzieciaki biegały i w końcu napisały na murze: „Tylko świnie siedzą w kinie”

Pani ulubiony film wojenny?

„Miasto nieujarzmione” Film dokładnie pokazuje jak wtedy wyglądało życie w czasie wojny. To wszystko zbyt długo trwało, aby można było żyć w ciągłym napięciu.

Czy byli tacy, którzy stali w opozycji do powstania?

O na pewno. Oczywiście Powstańcy byli pewni, że zryw wówczas powinien się wydarzyć. Powiem szczerze, że ja sama mam mieszane uczucia. Realnie podchodzę do życia. Biorąc pod uwagę, ile zyskaliśmy, a ile straciliśmy…Straty były ogromne. Może to wszystko było za szybko? Sama nie wiem.

Jak wyglądała Warszawa po powstaniu?

(cisza) Strasznie…To… Nikt nawet nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. Gdy tylko założono mosty pontonowe, mama od razu pierwszego dnia pobiegła szukać wiadomości na Mokotowską, gdzie mieszkała nasza rodzina. Znalazła tylko karteczkę „Żyję” Uczucie chodzenia po gruzach jest nie do opisania.

Powstanie Warszawskie, to nie był jedyny moment, w którym nie było Pani taty, bo później wywieziono go do więzienia w Moskwie w 59'.

Oni się musieli wszyscy ujawnić. Zaczęli już sami rozwiązywać swoją komórkę, niszczyć wszystkie dokumenty, ale nie zdążyli. Ktoś na nich doniósł i później ich aresztowano.

Rosjanie szukali świadków, aby zeznali, że AK działało przeciwko Rosjanom i tata trafił do więzienia właśnie jako świadek?

Tak, było z nim siedem lub dziewięć osób. W ich przypadku Londyn dużo pomógł. Objęli ich amnestią i zostali zwolnieni. Tylko tyle, że przez całe lata był szykanowany jako Powstaniec, jako aresztowany, także nawet z pracą miał później problemy.

Mówi się o tym, że wojna skończyła się w 1945 roku, a tak naprawdę myślę, że dla każdego skończyła się w innym czasie. To była data umowna, ale to się ciągnęło jeszcze długo po tym. Moja babcia, czyli mama mojej mamy, miała ośmioro dzieci. Dwóch jej synów zginęło w czasie wojny i niedługo po jej zakończeniu. Jeden podczas "łapanki" został schwytany i rozstrzelany w lesie. Niemcy kopali w lasach doły, stawiali chłopaków i strzelali do nich po kolei. Żywych czy martwych, zasypywali. Drugi wujek umarł w 51' roku w Rosji, ale to było jeszcze pokłosie wojny. Zginął w bardzo dziwnych okolicznościach. Wszyscy którzy wiedzieli cokolwiek o jego śmierci zniknęli jak kamfora. Nikt nic nie chciał powiedzieć, wszyscy się bali. Babcia bardzo długo chodziła, szukała informacji, chciała się dowiedzieć czegokolwiek. Nie pozwolono go dziadkom pochować podczas uroczystości katolickiej, tylko po świecku. Wiadomo jakie były wtedy czasy. Babcia mieszkała na południu, pod Krakowem, nie miała żadnych środków finansowych, żeby ściągnąć ciało wujka do domu. Jedyne co mogła zrobić, to pojechać do Elbląga. Po raz ostatni zobaczyć i pożegnać swojego syna przez lufcik w metalowej trumnie.

W końcu odnalazłam miejsce, w którym najprawdopodobniej jest pochowany mój wujek. W Elblągu faktycznie jest grób NN, bez krzyża, więc wszystko by wskazywało na to, że to ten grób, ale czy to faktycznie jest miejsce jego pochówku, pewnie nigdy się nie dowiemy. Nawiązuję do tego, że ta wojna, dla niektórych, jeszcze trwała długo po jej oficjalnym zakończeniu. Jednych aresztowano, drugich wypuszczono, trzecich prześladowano...

Oczywiście, tak jak w przypadku mojego taty.

Jestem osobą, która ma bardzo wyczulony zmysł węchu. Gdy poczuje jakiś zapach, od razu przypomina mi się jakiś obraz z dzieciństwa związany z tym zapachem. Dlatego tak się zastanawiam, jaki zapach miały tamte czasy. Rok 39', 40'.

Zapachu konkretnego to nie pamiętam, ale smak...coś niesamowitego. Gdy jeździłam do Karwowa, babcia czasem od kogoś dostała cukier, którego też powszechnie nie było. Piekła chleb i ten chleb moczyła wodą i posypywała cukrem. Co to było za jedzenie! Świeży chleb z cukrem. Do tego zsiadłe mleko, tak gęste, że można je było kroić w kosteczkę.

A podczas Powstania, czuć było jakiś zapach? Jaki jest zapach wojny?

Czuć było straszny swąd. Mieszkaliśmy na Grochowie i gdy wiatr zawiał od strony zachodniej, to czuliśmy zapach spalenizny.

A czy zastanawia się Pani czasem, jakby wyglądało, jakby się ułożyło Pani życie, gdyby nie było wojny? Ma Pani czasem takie przemyślenia?

To jest tak związane z moim życiem, że nie mogę sobie wyobrazić, co by było, gdyby nie było wojny. Nie wiem. Nie widzę tego.

Strach po wojnie został? Dźwięk samolotów? Wracają jakieś obrazy?

W tej chwili już wyrosłam z gorączek. Ale przez wiele, wiele lat miałam sny, majaki gorączkowe. Leżę na jakimś placu, widzę niebo i słyszę warkot samolotów. Dźwięk jakby z oddali. Na czarnym niebie widać malutkie punkciki ułożone w kształt rąbu. Obok nich przerwa i kolejny rąb i tak całe niebo pokryte małymi punkcikami. Po chwili dźwięk samolotów staje się głośniejszy. Patrzę w górę, a samoloty są niżej. Nie są już punkcikami, tylko małymi samolocikami. Za jakiś czas, warkot jest tak głośny, że słyszę go w całej głowie. Widzę nad sobą samoloty tak duże, że dostrzegam ich skrzydła, okienka. Potem ten warkot jest tak straszny i widzę tylko pojedyncze samoloty, ludzi w okienkach...zaczynam krzyczeć. Widać ta gorączka już była tak wysoka. Przybiega moja mama i robi mi okłady.

A teraz śni się Pani wojna?

Sama wojna chyba nie.

A wspomina Pani czasem tamten czas?

Bardzo często wspominam. Te nasze wędrówki z Warszawy do Karwowa, przejścia przez granicę i jak nas Niemcy złapali. Wyobrażam sobie często moją mamę jak idzie z paczkami, po śniegu, jak zabłądziła wtedy i się tak zastanawiam, czy będąc na jej miejscu, byłabym w stanie sobie tak dać radę jak ona.

Wtedy ludzie chyba nie siadali i nie zastanawiali się nad tym, czy sobie dadzą radę, czy nie. Po prostu szli, bo musieli przetrwać.

Ja się do tej pory zastanawiam czy bym dała radę. Bo to jednak trzeba odwagi, a ja byłam tchórzliwym dzieckiem. Dwa razy nas zatrzymali na przejściu granicznym. Za pierwszym razem, na szczęście nie żandarmi, tylko żołnierze, zabrali co mieliśmy i nas zawrócili. Drugim razem, gdy nas złapali, tata kazał mi do kieszonki schować drobiazgi, takie jak na przykład pasta do butów, coś co by się mogło uchować. Nie chciałam tego wziąć. Bałam się, że jak mnie złapią z tym w kieszeni, to...

Gdy walki ustały, wojna się skończyła, co wtedy czuliście? Co się działo?

Och, szaleństwo zupełne. W czasie okupacji skończyłam trzy klasy szkoły podstawowej. Naukę mogłam wznowić dopiero po wojnie. Od poniedziałku do piątku chodziłyśmy do szkoły, a w sobotę na zajezdni tramwajowej na Woli, organizowane były potańcówki. Po całonocnych dansingach, wraz z koleżanką wracałyśmy piechotą przez most Kierbedzia, później Grochowską, po drodze, bo to była już godzina 7.00, na Kamionek do kościoła się zaszło. Oczywiście w ławce złapało się drzemkę, ale w kościele się było. Później do domu, do łóżka spać. Mama dała obiadek, a po południu, wieczorem znów na potańcówkę się szło.

Wszyscy żyliśmy sportem. Ja grałam w siatkówkę, to się na wszystkie mecze chodziło. Szkoły wymiennie organizowały zawody. Cała Praga leciała do jednej szkoły, później do drugiej.

Dlaczego zdecydowałam się otworzyć Sky and Soul.

Kiedy któryś z moich znajomych powiedział mi, że prowadzi biznes dla przyjemności to pukałam się w czoło. Wiecie… samo słowo „biznes” kojarzył mi się zawsze z panami w czarnych garniakach, giełdą, wprowadzaniem przedsiębiorstwa na New Connect czy całą stertą papierów do podpisania opatrzonych firmową pieczątką i podpisem prezesa zarządu. Nigdy nie wyobrażałam sobie jak można prowadzić biznes dla przyjemności lub własnej satysfakcji, dopóki nie otworzyłam wraz z moją przyjaciółką Sky and Soul.
Firma tak naprawdę powstała już kilka lat temu. Moja przyjaciółka miała poważne, życiowe zawirowania od których musiała odetchnąć, a ja oprócz pracy dla kogoś, chciałam otworzyć coś swojego. Miałyśmy w naszych portfelach po 7 tys. zł, które mogłyśmy zainwestować. Pierwszym naszym pomysłem były ubranka dla dzieci, więc wyjechałyśmy w „daleką” podróż do Łodzi. Same zdobywałyśmy wszystkie kontakty i dzięki temu na pierwszą uszytą rzecz, która trafiła do sprzedaży czekałyśmy dwa lata :) Nie żartuję, gdyż po drodze trafiłyśmy na całe mnóstwo osób, które nas oszukały lub nie trzymały się wyznaczonych terminów. Zamiast wejść na rynek z początkiem 2020 roku, firma ruszyła w środku szalejącej pandemii- czyli w lutym 2021. Gorzej być nie mogło…
Kilkanaście miesięcy temu uszyłam sobie elegancki dres, a dla potwierdzenia moich słów można go zobaczyć na moim profilu na Instagramie (wpis z 30.04.2020) Wybłagałam wspólniczkę, aby oprócz dresów dziewczęcych, uszyć jeszcze parę sztuk zestawów bluzy i spodni dla kobiet. Finalnie 14 lutego 2021 roku w dniu premiery Sky and Soul, trzydzieści sztuk dresów sprzedało się w 2 godziny, a z rzeczami dla dzieci bujamy się do dzisiaj :)

Pojawiło się jednak światełko w tunelu i dzięki szybkiej sprzedaży kompletów dla kobiet mogłyśmy uszyć następne partie ubrań.
Od premiery firmy minęło 5 miesięcy i my nie zarobiłyśmy ani złotówki. Sukcesem jednak jest to, że do firmy nic nie dokładamy. Postawiłyśmy na jakość: bawełnę, len czy bambus i tak oto w letniej kolekcji mamy już:

- muślinową sukienkę,
- lniany zestaw składający się z bluzeczki na ramiączkach i długiej spódnicy z drewnianymi guzikami boho,
- letni set,
- bardzo wygodną sukienkę maxi z wiskozy bambusowej.

Doszły już sample na jesień i zimę. Teraz czekamy na ich produkcję. Po drodze nie ominęły nas wpadki. W ostatnim czasie niejednokrotnie odsyłałyśmy ubrania, bo jakość ich szycia była wątpliwa lub nie zgadzała się z naszymi prototypami. Dla przykładu brązowe marynarki ze spodenkami wejdą dopiero na kolejną wiosenną kolekcję, bo odesłałyśmy je do poprawek. To nie jest łatwa droga i każdy, kto prowadzi tego typu biznes pewnie wie o czym piszę.

Skąd bierzemy inspiracje na kolejne sezony? Obydwie z Dagmarą jesteśmy zakochane w modzie vintage. Sięgamy do filmów oraz zdjęć z lat 40,50,60,70 czy 80. Spędzamy wiele godzin w poszukiwaniu tego co kobiece, praktyczne i co możemy uszyć z wysokojakościowej tkaniny czy dzianiny. Same tworzymy pierwsze rysunki (często bardzo nieudolne) po czym wysyłamy je do mojej bratanicy Angeliki, która studiuje grafikę i tworzy nam rysunki żurnalowe. Te w finale trafiają do szwalni.
W świecie influencerów, celebebrytów, twórców internetu- jak zwał tak zwał, ma się kilka dróg. Pierwsza to zarabianie na reklamach, druga to stworzenie własnego kontentu prosto z serca i chęci do zrobienia czegoś więcej niż tylko pokazanie się z produktem. Ja nauczyłam się nikogo nie krytykować, bo każdy sam jest kowalem własnego losu. Wiem jednak jedno.
Dagmara, moja wspólniczka pracuje u największego w Polsce dewelopera, który wprowadza na rynek 10 000 mieszkań pod wynajem, a ja jestem przede wszystkim agentem Cezarego. Żadna z nas nie potrzebuje dodatkowych prac czy źródła dochodu, ale każda z nas chce mieć „coś” swojego i spełniać się na innych polach, a nie tylko tych czysto zarobkowych. Było dużo nerwów, spięć, zmęczenia i łez. Nie ma co ukrywać, że w tych czasach rozwinięcie tego typu biznesu, gdzie produkcja jest w 100% w Polsce i to w małych nakładach nie jest łatwa, a przede wszystkim bardzo droga. Dla przykładu: wymarzyłyśmy sobie kobaltowy sweter na sezon zimowy. Prototyp to koszt 800 zł, a sam produkt w zależności od złożoności czy przędzy to jakieś 100-300 zł. Im mniej zamówimy, tym cena będzie wyższa. Mamy jednak cele i przede wszystkim słuchamy osób, które do nas piszą. Dzięki nim powstał dres w rozmiarze XXL czy muślinowa sukienka oversize dla kobiet o różnych kształtach.
Obserwując swoich partnerów, dzisiaj postawiłabym na produkcję pudełek czy biodegradalnych foliopaków :) a tak na serio, szycie ubrań to raczej biznes dla wytrwałych i o mocnych nerwach.
Przekaz tego wpisu to nie tylko przedstawienie Wam Sky and Soul, ale to swoistego rodzaju motywator dla Was wszystkich, którzy chcą zrobić coś więcej dla siebie. Pewnie będzie ciężko, ale wierzcie mi, że warto. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam w sklepie Panią ubraną w dres Sky and Soul miałam ochotę krzyczeć z radości. Odeszłam na bok i popłynęły mi łzy, bo to było niesamowite uczucie. Życzę Wam wytrwałości we wszystkich planach i kiedy będziecie chcieli zrobić coś dla siebie, to pomyślcie sobie, że gdzieś tam jest Ciocia Edyta, która trzyma za Was mocno kciuki. I Wy za nas też je trzymajcie.

P.S. Przy okazji można wyszkolić Męża, na niezłego fotografa :)

Czuła ogrodniczka- peonia

Zanim zaczęłam pisać dzisiejszy tekst z ciekawości zerknęłam na datę ostatniego wpisu i przyznam szczerze, że trochę mnie wmurowało. Nie było mnie tutaj od 21 kwietnia, czyli ponad miesiąc przeleciał mi przez palce, a moja czasoprzestrzeń ewidentnie się nagięła, dokładnie tak samo, gdy moje dziecko mówi do mnie „zrobię to za pięć minut”.
Skoro jednak już tu jestem, najprawdopodobniej oznacza to, że w końcu jestem wyspana, robota ogarnięta i przez godzinę nie zamierzam reagować na słowa: „Mamo, gdzie jesteś?”

Nie lubię robić sobie przerw, bo wtedy głupio tak znowu zaczynać i rozwijać się od nowa. Skracając, dzisiaj chciałam napisać o piwoniach. „Czuła ogrodniczka” to wpis nie tylko o kwiatach, ale wspomnieniach, zapachach i nawykach.
Kiedy byłam małą dziewczynką jako najmłodszemu członkowi rodziny (na całe szczęście) przypadały najlżejsze roboty domowe, czyli pielęgnacja i podlewanie kwiatów. Szczerze tego nie znosiłam i obiecałam sobie, że jak już dorosnę nigdy, ale to przenigdy nie kupię żadnego kwiatu do swojego domu. Oczywiście, że tak się nie stało i kiedy przestałam przynosić do domu dzieci, to zaczęłam kupować coraz to nowe rośliny. Kwiaty tuż obok fotografii są moją wielką pasją. Przed moim domem nie ma chyba ani jednego centymetra kwadratowego bez czegoś zielonego lub kwitnącego. Oczywiście mam swoich faworytów i są nimi: hortensje oraz właśnie piwonie, które nieustannie przypominają mi moje dzieciństwo. To właśnie wtedy, gdy byłam małą dziewczynką, zrywaliśmy przekwitłe płatki piwonii do reklamówek, aby następnego dnia pociąć je nożyczkami na mniejsze kawałki i rzucać podczas uroczystości Bożego Ciała. Dopiero po latach mogę się przyznać, że jako dziecko bardzo nie lubiłam tego święta. Kojarzyło mi się z wielokilometrową wędrówką, podczas której muszę klepać regułkę i rzucać kwiatkami na asfalt, aby przy samym końcu, kiedy już zabraknie kwiatów w moim koszyku, nadal się uśmiechać i udawać, że rzucam powietrzem w beton. Do tego zawsze, ale to zawsze dochodziło palące słońce i ja… ubrana od stóp do głów w krakowski strój ludowy od którego pot spływał mi po tyłku aż do pięt. Chociaż 25 lat temu, uroczystość ta mnie przerażała, dzisiaj widok płatków kwiatów na ziemi rozczula mnie, a zapach piwonii unoszący się w powietrzu już mnie nie drażni, tylko otula. Oriana Fallaci, która była ateistką, kiedyś powiedziała, że mimo braku jakiejkolwiek wyznawanej wiary, jako Europejka nie wyobraża sobie widoku kontynentu bez kościołów czy przyulicznych kapliczek, bo nie są tylko miejscami kultu, ale i elementami naszej kultury. To tak jak ja nie wyobrażam sobie polskiej wiosny bez pachnącego bzu i różowej piwonii czy lata bez bocianów i jesieni bez kasztanów.

Jak pisał Miłosz:
„Matka nad klombem z piwoniami staje,
Sięga po jedną i płatki rozchyla,
I długo patrzy w piwoniowe kraje,
Dla których rokiem bywa jedna chwila.„

Kiedy przychodzi sezon na piwonie potrafię je obserwować i podziwiać godzinami.
Naprawdę warto się w nie zapatrzeć i zaznajomić z ich pochodzeniem.
W zależności od odmiany peonie kwitną od maja do czerwca, a w Chinach czy Japonii skąd przybyły do Europy, są symbolem miłości, dostatku i szczęścia. Samo słowo „paeonia” wywodzi się z greki i oznacza uzdrowiciela. Do dzisiaj zresztą kwiaty te, stosowane są w lecznictwie, między innymi przy atopowym zapaleniu skóry czy reumatyzmie.
Możecie w bardzo szybki i prosty sposób zrobić napar z piwonii, który polega na zalaniu rozdrobnionych płatków wrzącą wodą. Po 30 minutach wywar jest gotowy do picia oraz przemywania skóry delikatnej i wrażliwej.
Pamiętajcie, że wsadzając piwonie do wazonu, należy wcześniej pozbyć się liści, tak aby nie były zanurzone w wodzie. Łodygi przycinamy pod kątem, aby wciągały wodę jak największą powierzchnią oraz nie stawiamy samego wazonu z kwiatami w słońcu.

Faktem jest, że piwonie zachwycają mnie nie tylko wyglądem, ale i zapachem. Gdybym umiała tworzyć perfumy, to na pewno znalazłyby się w nich właśnie nuty piwonii oraz liści czarnej porzeczki. W domu często chowam nos w delikatnych płatkach piwonii, aby przypomnieć sobie dzieciństwo i ten toporny strój krakowski. Oczywiście żartuję, gdyż peonie przywołują we mnie ciepłe wspomnienia, a dodatkowo kojarzą mi się z kobiecą delikatnością i zmysłowością.