Z miłosći do piękna

 
Z miłości
 
Walentynki- święto zakochanych, dla niektórych wyjątkowy dzień, kiedy raz w roku możemy usłyszeć „kocham” dla innych (także dla mnie) dzień jak co dzień….
Warto jednak celebrować miłość, a jeżeli dzień 14 lutego, pomaga niektórym otworzyć się na drugą połówkę, to czemu nie?
Są tacy co wybierają ten dzień na oświadczyny, wyznanie miłości, czy romantyczną kolację we dwoje z dala od gromadki dzieciaków. Codziennie słyszę „kocham Cię”, dostaję kwiaty od Męża bez okazji, jednak traktuje dzień Świętego Walentego, kiedy to mogę zrobić mojej drugiej połówce wyjątkowy prezent.
Pomysłów może być wiele, tym bardziej w czasach, w których możemy mieć wszystko na wyciągnięcie ręki. Zebrałam dla Was wyjątkowe rzeczy, które może w przyszłości, posłużą Wam jako inspiracja. To co kocham najbardziej, ale i takie prezenty, które dostał ode mnie Cezary.
Na początek trochę historii…
 
Święty Walenty pochodził z Terni i jako kapłan pomagał parom zawrzeć związek małżeński. Podobno jako pierwszy pobłogosławił miłosną relację chrześcijanki i poganina. Kiedy odkryto, że nawracał pogan, próbowano go zmusić, aby wyparł się Chrystusa.
Walentego wtrącono do więzienia, gdzie zakochała się w nim niewidoma córka strażnika. Gdy ten fakt ujrzał światło dzienne, skazano go na śmierć. Przedtem jednak niewolnik zostawił kobiecie list w kształcie serca z napisem: „Od Świętego Walentego”
Kiedyś modlono się za jego wstawiennictwem za ciężko chorych, ale rzecznik Archidiecezji Poznańskiej ks. Maciej Szczepaniak, przypomniał wiernym jego postać i twierdził, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby modlono się również za zakochanych. Obraz Świętego Walentego możemy zobaczyć na frontowej ścianie kamienicy ul. Górna Wilda w Poznaniu.
Każde państwo na świecie obchodzi Dzień Zakochanych inaczej. Jak nietrudno się domyślić, najhuczniej świętują Amerykanie w USA, kupując czerwone bibeloty i oglądając popularne komedie romantyczne w towarzystwie popcornu. We Francji należy ukochanej, wysłać bukiet czerwonych róż, a w Czechach wszyscy zakochani udają się na most Karola w Pradze, aby przywiesić kłódkę wiecznej miłości. W Anglii Święto Zakochanych celebruje się, używając wizerunku najsłynniejszych kochanków- Romea i Julii. Chińskie Walentynki nazywane są „nocą siedmiu”. Chinka udaje się nad rzekę i kładzie na wodzie igły- jeżeli zatoną, oznacza to, że jest gotowa do poślubienia ukochanego.
 
Klasyka gatunku
 
Zacznę dosyć prozaicznie i być może mało popularnie- PERFUMY. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że każdy zapach przywożę lub kupuję mojemu ukochanemu w różnych zakątkach świata. Sama jestem „perfumową maniaczką” i mam w domu około 12 flakonów różnych zapachów. Wcale nie mniej posiada w swoim zbiorze mój Małżonek. Te które widzicie na zdjęciu pochodzą z Dubaju i jest to edycja limitowana związana z Rokiem Tolerancji, który był obchodzony w zeszłym roku w ZEA.
Nie można ich kupić w internecie i do niedawna jeszcze prosiłam koleżankę z Dubaju, aby kupiła dla Czarka nowy flakonik. Jak nie trudno się domyślić zapach jest ciężki, typowo arabski, ale jednocześnie ma w sobie magiczne nuty ciepła. Mój Mąż uwielbia ten zapach, jak i ja kocham go, kiedy jest ubrany w te orientalne nuty skóry i bursztynu. Spójrzcie, samo opakowanie przyprawia o zawrót głowy.

Ja także sięgam po perfumy z niszowych butików.
Kolejnym pomysłowym i zapachowym prezentem, który uwielbiam jest świeca do masażu ( widzicie na zdjęciu poniżej) To połączenie wielu przyjemności w jedną. Kiedy świeca podziała na nasze zmysły węchu, rozpuszczony olej, możemy wsmarować w nasze ciało…. Lub ukochanego :)
To nie koniec zapachowych doznań… Widzicie to cudeńko poniżej? Jak myślcie co to może być?  Ulubiony gadżet domu Cioci Edytki- perfumowana kamea Cire Trudon. Umieszczamy ją na podgrzanym naczyniu, a rozpuszczona uwalnia piękny zapach w całym wnętrzu, na przykład trawy cytrynowej… Sprawdzi się w sam raz na romantyczny wieczór we dwoje.
Co jeszcze sprawiłoby mi radość?
 
Przecież człowiek nie samymi prezentami żyje. Wieczór we dwoje przy świecach to klasyka gatunku, jednak aby stworzyć klimat unoszącej się w powietrzu miłości należy trochę się postarać. W mojej sypialni nie mogłam mieć kominka, ale nic nie stało na przeszkodzie, żebym go sobie stworzyła za pomocą klimatycznych świec. A książka? Moja ulubiona, tylko że w języku angielskim, gdyż nadal się go wytrwale uczę. Łączę więc przyjemne z pożytecznym. Sięgam po ulubione tytuły- jak Dziennik Bridget Jones.  Któż jej nie kocha, tym bardziej w Walentynki?
Biżuteria? Czemu nie!
 
Dalej pociągnę temat prezentów klasycznych, ale pięknych i wyjątkowych. Z racji tego, że jestem mamą, ograniczam liczbę świecidełek na swoim ciele. Nadal chciałabym mieć nienaruszone uszy i szyję- wszystkie mamy raczej powinny wiedzieć o czym piszę…
Żebym mogła sięgnąć po biżuterię musi ona być faktycznie wyjątkowa. Często wybieram ją sobie sama lub rysuję szkice, aby mój Mąż mógł zlecić jej wykonanie (jak te czarne kolczyki, które miałam na wielu oficjalnych wyjściach.) Jestem zwolenniczką zasady „mniej”, wcale nie oznacza „gorzej” Dzięki temu wiem dokładnie na jaką okazję dostałam dany prezent i jak wiele dla mnie znaczy.
Biżuteria wiadomo rzecz droga, a co z tymi, co nie mają wystarczająco dużo funduszy? Specjalnie zestawiłam na zdjęciu drogocenności z pięknie rzeźbionych mydłem. To cudeńko kosztuje niewiele, a może stać się pięknym prezentem dla naszej połówki. Powiecie mi i co z tego? Przecież to mydło, które po pierwszym myciu nie będzie już tak wyglądało. To fakt, dlatego moje lądują w szafie lub na półce z ubraniami. Za dawnych czasów, kiedy byłam małą dziewczynką, mama wkładała do szafy wszystkie zagraniczne mydła, które przywiózł mój tato z kontraktów. Dzięki temu nasze ubrania pachniały nie tylko popularnym proszkiem do prania.
Z miłości do wnętrz
 
Co sprawiło by mi największą radość? Mimo, iż to święto Walentego, które kojarzy się jednoznacznie z biżuterią, perfumami, kolorowymi kartkami i pluszowymi sercami, to mnie jak zawsze największą radość sprawiają gadżety do domu. Wówczas nie mam wątpliwości, że obydwoje z nich skorzystamy. Spójrzcie na te butelki Serax. To jeden z moich ulubionych domowych dodatków. Każdym z nas napełnia je ulubionym trunkiem, odpalamy romantyczny film, robimy popcorn na maśle, no i czego chcieć więcej?
Mało kto wie, że u nas Walenty gości prawie codziennie  :) Mamy swoje wieczory, podczas których po prostu rozkoszujemy się ciszą, kiedy dzieci śpią.  Zabrzmi to co najmniej dziwnie, ale uwielbiam herbatę i mam parę puszek takowych w swojej kuchennej szafce. Moją ulubioną jest zielona z prażonym ryżem. W drewnianych filiżankach wykonanych z litego drewna akacjowego, smakuje wyśmienicie, a żeliwny czajnik Serax długo utrzymuje ciepło. Filiżanki mają jeszcze jedną, ważną zaletę: mianowicie nie nagrzewają się, dzięki temu są bardzo funkcjonalne. Jak przystało również na prawdziwą Nowohuciankę, lubię też czasami… piwo… :)

 Wyjątkowy gość.
 
Kiedy jeszcze nie zarabiałam własnych pieniędzy, robiłam Cezaremu własnoręcznie wykonane prezenty takie jak: albumy wspominkowe czy kartki. Zachęcam Was do tego typu upominków, gdyż mój Mąż do dzisiaj trzyma wszystkie pamiątki. Chętnie do nich wracamy i śmiejemy się z niektórych naszych wspomnień.
Staram się, aby prezenty ode mnie były faktycznie wyjątkowe. Często wsłuchuje się w to co mówi Cezary i tak na przykład dostał ode mnie złotą lampkę biurową Bestlite, bo zawsze powtarzał: „Nie mam czym sobie zaświecić, jak uczę się tekstów”
Pewnego razu zauważyłam, jak Czaro obserwuje na Instagramie Steve’a Casino, który wykonuje figurki z fisztaków. Powiedział do mnie: „Wow! Zobacz co za Gość”. Nie czekając długo, postanowiłam napisać do Steve’a i tak oto na każdą okazję Cezary dostaje ode mnie nową figurkę z postacią, w którą wcielał się w różnych produkcjach filmowych. Mój Mąż ma już w swojej kolekcji: Kilera, Sida i Azbesta. Cezary nie pogardzi też dobrą literaturą. Uwielbia Żulczyka, Twardocha oraz nadrabia zalaegłości, więc  do naszej domowej biblioteki zawitały ostatnio dzieła Olgi Tokarczuk. 
Na podsumowanie tego tekstu, chciałabym Wam życzyć po prostu dużo miłości. Żebyście się zawsze szanowali, mówili piękne słowa, patrzyli sobie w oczy, a prezenty niech będą tylko uzupełnieniem Waszych uczuć. Kochajcie się, tak jak my się kochamy! 
 
 

Coraz bliżej Święta

Swój dzisiejszy post zacznę od dwóch krótkich słów: „Kocham Święta!!!” Jak co roku, mój dom w tym okresie zamienia się w magiczny świat, pełny moich autorskich dekoracji i ręcznie robionych wianków.KRÓTKA HISTORIA MOJEJ MIŁOŚCI DO ŚWIĄTECZNYCH DEKORACJI.
 
Raczej nie będę oryginalna w tym co teraz napiszę. Zapewne każda polska dziewczynka, oglądając amerykańskie filmy, których akcja rozgrywała się podczas Świąt Bożego Narodzenia, pragnęła choć trochę wprowadzić do swojego domu, ten wyjątkowy klimat zza oceanu. Jakieś 20, 30 lat temu nie było nam dane zaznać nawet 1/10 tego, co widziałyśmy na szklanym ekranie. Wielkie pragnienia małej dziewczynki na szczęście dzisiaj zmaterializowały się i mogę Wam pokazać co mi w duszy gra.
Pamiętam, kiedy przychodziły święta, to zamiast kolorowych, amerykańskich dekoracji na moim drzewku lądowały cukierki- sople, których z racji wieku nie można nam było jeść. Z roku na rok, przywieszaliśmy te same ozdoby, gdyż przy czwórce dzieci zawsze były ważniejsze wydatki niż „świąteczne buble.”

Kiedy przychodził czas Wigilii tata swój poranek zaczynał od sprawdzenia długiego łańcucha wielobarwnych światełek. Już wtedy zapalała mi się moja, osobista lampka pod tytułem: „Ewakuuj się zaraz będzie sajgon” W obecnych czasach, jeżeli choinkowe światła przestaną działać, istnieje duże prawdopodobieństwo, że po prostu je wyrzucimy, a w sklepie kupimy nowe.
Wtedy nie było tak kolorowo. Tata zaczynał swoją żmudną pracę od sprawdzenia specjalnym śrubokrętem, czy każda z 500 żarówek, aby na pewno posiada napięcie…
Po sprawdzeniu stu zaczynał wzdychać, a przy dwusetnej już sapał. Kiedy doszedł do połowy zaczynał przeklinać, żeby przy trzechsetnej rzucić całym łańcuchem i pójść w piz…. Wtedy nerwowo, chlipiąc jadł zupę, aby po 20 minutach znowu powrócić do szukania tej jedynej, spalonej żarówki. Przy takich rodzinnym szukaniu, dowiedziałam się całej historii o chińskich bublach, wysyłanych nam do Polski jako ewentualna broń zagłady Europy Środkowo- Wschodniej.  Mój słownik także powiększył się o nowe „łacińskie” słowa, dotąd powszechnie nieużywane w naszej spokojnej rodzinie.

Przy dobrych wiatrach po jakiś 8 godzinach nasza skromna choinka była gotowa, chociaż raz zdarzyło się, że tacie spaliła się żarówka, jak już założył światełka na drzewko…
Moim zadaniem było owijanie drucikiem cukierków i zawieszanie ich na choinkę z tym, że mama bardzo nas pilnowała, aby ich nie jeść do przyjścia księdza po kolędzie. Finalnie jakieś 6 tygodni, byliśmy na totalnym „słodyczowym odwyku”, patrząc się codziennie na zwisające z choinki cukierasy.
Pewnego roku zbuntowałam się: „Nie będzie mi tu jakiś męski pingwin, dyktować, kiedy swoje cukierki mogę jeść” Pomyślałam… Postanowiłam więc, kraść cukierki z choinki, a do środka zawijałam coś innego, tak aby rodzice się nie zorientowali. Plan był super do momentu, kiedy ksiądz nie natrafił na cukierka z papierem toaletowym…

 
Takich opowieści mam całe mnóstwo, ale nie mogę Wam wszystkiego napisać, bo co wtedy zostanie mi na przyszły rok?
W każdym razie, od małego robiłam różnego rodzaju ozdoby- dosłownie ze wszystkiego. Co roku na Święta, biegałam do papierniczego, gdzie mogłam kupić kolorowe, świecące papiery ala folia aluminiowa, które były mi potrzebne do robienia szopki krakowskiej.  Później szłyśmy z nią kolędować i zarabiać nasze pierwsze pieniądze.
Na szczęście dezaprobata mojego taty do Świąt oraz wiecznie psujące się choinkowe światełka nie zraziły mnie do tego magicznego czasu jakim jest Boże Narodzenie. Każdy kto mnie zna wie, że muszę mieć posprzątane, a dom powinien być pełny sezonowych dekoracji. Z tym pierwszym jest nieco ciężko przy trójce dzieci, ale dekoracje póki co, mają się u mnie dobrze.
KOLEKCJONUJ!
 
Kto bogatemu zabroni co? No wydawało by się, że mam za co kupić to się chwalę. Jednak prawda jest trochę inna. Swoje dekoracje zbieram latami i fakt jest taki, że nigdy nie chcę prezentów, tylko wolę kupić coś do domu, jak widoczny na zdjęciu zestaw do herbaty Villeroy
Co roku dopełniam swoją kolekcję nowymi rzeczami, a w kolejnych latach zmieniam tylko pojedyncze elementy. Pamiętajcie, że takie dekoracje, powinny przede wszystkim pełnić dla Was funkcje pamiątek, tak jak to jest w moim przypadku.
Na przykład kolorowe skarpety, które wiszą na kominku przypominają mi czas, kiedy byłam w ciąży z Ritą. Wówczas jeszcze nie znałam płci bobasa, dlatego nadal wisi skarpeta z napisem „Baby”. Kolorowe szklane kule, pozwalają przywołać wspomnienia z poprzednich lat, a każdy dziadek do orzechów ma nadane przez nasze dzieci, własne imiona.
Papierowe gwiazdy i Bożonarodzeniowe poduszki to „must have” domu Pazurów.
Co roku wrzucam do ozdób wiszących na oknach małe lampki na baterię, tak aby wieczorem podziwiać ich niesamowity urok. Polecam!
 
PRACE RĘCZNE… UFFF..
Z roku na rok mam coraz więcej obowiązków zawodowych i coraz więcej dzieci J więc moje autorskie ozdoby nie zabierają mi już tyle uwagi, co kilka lat temu. Zawsze robię jednak wianki do swojego domu i na szkolny kiermasz.
W tym roku postanowiłam, nie przyjmować zamówień od znajomych, bo najzwyczajniej w świecie, głupio mi było od kogoś brać pieniądze, a jeszcze trochę to poszłabym z torbami.
Co roku staram się jednak wymyślać coś nowego. W zeszłym, ozdobiłam swoją choinkę rodzinnymi zdjęciami i własnoręcznie robionymi dekoracjami w słoiku.
W tym roku, postanowiłam zrobić świąteczne scenki na drewnianej tacy, przy użyciu małych figurek, mchu i potłuczonych bombek. Wyszło całkiem sympatycznie, chociaż w przyszłym roku wrócę do szklanych naczyń i światełek z timerem. 
WIECZOROWĄ PORĄ
 Ktoś mógłby zapytać: „Po co to wszystko” Odpowiedź jest łatwa. Ja po prostu to kocham! Szczególnie magicznym czasem jest dla mnie wieczór, kiedy wszystkie lamki tlą się delikatnym światłem, a ja mogę usiąść przy ulubionej książce. Przeważnie kończy się to szybkim snem (przy trójce dzieci po prostu padam) jednak jest w tej atmosferze coś wyjątkowego.
Moje dzieci również bardzo cenią mój wysiłek. Kiedy parę dni temu zaczęłam przynosić z piwnicy pudła pełne ozdób mój syn odparł: „Ach… Idą Święta! Jak ja to kocham” Nasze dzieci są lustrzanym odbiciem nas dorosłych i staram się im pokazać wszystko, co najlepsze i wartościowe. Po drugie, spełniam swoje dziecięce marzenia z amerykańskich filmów, które wręcz pochłaniałam jako mała dziewczynka.

PIERNIKOWY SZAŁ.
Naszą coroczną tradycją jest pieczenie moich autorskich pierników. W tym roku nawet Pazur pomagał nam wałkować ciasto. Wszystkie przepisy, które znalazłam w sieci były dla mnie nijakie, a pierniki twarde jak kamień. Postanowiła spróbować czegoś nowego i swojego. Mam nadzieję, że w przyszłym roku, podzielę się z Wami większą ilością świątecznych przepisów. W tym, muszę po prostu trochę odetchnąć. Mam nadzieję, że rozumiecie ;)
Oto przepis na moje pierniki. Od razu chcę zaznaczyć, że wymagają one cierpliwości i skrupulatności, ale będziecie zadowoleni.
 
SKŁADNIKI
 
·      350 gr bio mąki pszennej
·      Jajko
·      Łyżeczka organic baking powder ( proszek można kupić w organicu)
·      Łyżeczka cynamonu
·      ½ łyżeczki mielonego imbiru
·      ½ łyżeczki startej gałki muszkatołowej
·      ½ łyżeczki mielonych goździków
·      Łyżka miodu
·      Pół szklanki cukru kokosowego.
·      Łyżeczka czarnego kakao
·      Dwie łyżki ciepłego masła
·      Szczypta pieprzu
·      Ciepłe mleko.
1)    Mąkę przesiewamy na stolnicy. Dodajemy miód, cukier, proszek do pieczenia, kakao, przyprawy, pieprz, jajko i masło.
2)    Dokładnie wyrabiamy ciasto, dodając po trochu ciepłego mleka. To żmudna i czasochłonna praca. Należy wyrabiać ciasto około 10-12 minut tak, aby wszystkie składniki dobrze się połączyły.
3)    Ciasto nie powinno się kleić, więc należy uważnie wlewać mleko. Dosłownie po troszeczku. Kiedy będzie już gotowe, podsypujemy stolnicę mąką i wałkujemy ciasto na około 0.5- 1 cm. (zależy od preferencji)
4)    Układamy na posmarowanej tłuszczem blaszce i wsadzamy do rozgrzanego na 180 stopni piekarnika. Pieczemy około 10-15 minut.
5)    Jeżeli pierniki mają wylądować na choince, nie zapomnijcie zrobić dziurki na sznurek.
6)    Smacznego 
 
NA ZEWNTĄRZ TEŻ POWINNO BYĆ PIĘKNIE. 
Jak już wspomniałam, co roku na moich drzwiach wisi wianek mojego autorstwa. W tym roku także postawiłam na nasze ulubione dziadki do orzechów oraz stojące na podstawce małe choineczki. Dookoła wejścia zawisła świecąca girlanda. 
W każdym oknie od strony ulicy wisi także świecący wianek. (kupiony w Tchibo) Efekt WOW! 
WESOŁYCH ŚWIĄT MOI DRODZY!!! 
 
 

Cypr- Poznaj Limassol

TYTUŁEM WSTĘPU 

Zapraszam Was do mojej nowej zakładki, gdzie będę dzielić się z Wami doświadczeniami i spostrzeżeniami z podróży po świecie.  Uwaga Moi Drodzy parę słów wyjaśnień na sam początek.
Będę pisać z poziomu turysty- rodziny podróżującej z dziećmi i MOICH DOŚWIADCZEŃ, a nie osoby mieszkającej na stałe w danym kraju.
Zawsze czekam na Wasze podpowiedzi i wskazówki- są one na wagę złota. … Jednak z mojego niemiłego doświadczenia wynika, że często agresja wśród niektórych wygrywa.
Oczywiście wszystkie artykuły będą opatrzone zdjęciami mojego autorstwa. Fotografia to moja wielka pasja, więc obiecuję, że zdjęcia będą cieszyć Wasze oczy i duszę.

A teraz o Limassol!
 Limassol jest położony w greckiej części wyspy i jest drugim co do wielkości miastem Cypru. Pierwszy raz byłam w tym klimatycznym miejscu w kwietniu 2018 roku. Już wtedy wiedziałam, że niedługo powrócę.
Tak, też się stało... W lipcu tego roku wraz z całą gromadą Pazurów odwiedziłam Four Sessons Limassol i były to jedne z lepszych wakacji w naszym rodzinnym życiu.

Pogoda.

Kocham Cypr za wilgotne powietrze. Jedni tego nie znoszą, a drudzy wręcz ubóstwiają. Ja ze względu na moją suchą skórę z chęcią powracam do właśnie takich miejsc.
Podczas naszej kwietniowej wyprawy temperatura powietrza wynosiła około 20-21 stopni Celsjusza, a wieczory były chłodne. Jeżeli chcecie pojechać na wyspę wiosną- lepiej przygotować sobie ubrania na tzw. „cebulkę.” Jak będziecie mieli szczęście, to nawet zaliczycie leżak przy basenie w stroju kąpielowym, ale raczej nie nastawiajcie się na plażowanie w krótkich gatkach.
Lipiec to tak zwany „pewniak” – czyli około 30 stopni Celsjusza. Wieczory są przyjemne, lecz jak już wspomniałam wcześniej wilgotne i ciepłe. Nie pamiętam czy podczas tych wakacji ubrałam sweter- bardziej podczas wizyty w klimatyzowanej restauracji.
Na to również warto zwrócić uwagę pakując swoje rzeczy.  Jeżeli jedziecie w bardzo gorące strony, zapewne będzie klimatyzacja- jeżeli będzie klimatyzacja, to warto jednak zabrać ze sobą parę rzeczy z dłuższym rękawem. Czasami nie ma nic prostszego jak złapać klasyczny katar przechodząc z 35 stopni np. do 20 stopni, które fundują wnętrza hoteli, restauracji czy sklepy.
A co z zimą? Tu zdania są podzielone… Bywa chłodno, ale moja cypryjska znajoma, która mieszka w Limassol z sentymentem opowiada o ubieraniu choinki na Boże Narodzenie w krótkim rękawku… Jak to się mówi: „Do odważnych świat należy” więc może warto zwiedzić Cypr i zimową porą.

Tym razem wraz ze znajomymi mieszkaliśmy w Hotelu Four Sessaons w Limassol. Nie będę analizować cen. Można je łatwo sprawdzić w sieci, a ja jestem zdania, że warto również szukać różnego rodzaju okazji czy promocji. Dlaczego nie piszę o cenach?! Bo zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony. Dla jednych będzie za drogo, dla drugich za tanio…Jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził.
Cypr pamiętam sprzed 9 lat. Byliśmy na wyspie, kiedy Amelka miała ponad rok. Wówczas kwietniowa aura mało nas rozpieszczała i przez 5 dni padał deszcz, gdy równocześnie w Polsce było gorąco. Wtedy postanowiłam, że zapomnę o Cyprze, przynajmniej na jakiś czas. Tym razem było inaczej. Cypr wydawał mi się magiczny i klimatyczny. To właśnie tu, Afrodyta wynurzyła się z morskiej piany w Petra tou Romiou. Wyspa jest mieszanką greckiego temperamentu, włoskich klimatów i zachodnich trendów. Widać, że z roku na rok Cypr dźwiga się po kryzysie z  2013 roku.
 
Mało kto zdaje sobie sprawę, że Cypr w linii prostej jest położony około 100 kilometrów na zachód od wybrzeży Syrii, gdzie obecnie trwa konflikt zbrojny. Kiedyś zauważyłam bardzo dużo amerykańskich rodzin, które wypoczywały w naszym hotelu. Wówczas tamtejszy personel opowiedział mi o amerykańskich wojskach stacjonujących tuż obok wyspy i rodzinach odwiedzających żołnierzy podczas wakacji.

HOTEL
Wróćmy jednak do mojej obecnej podróży. Przez okres 12 lat mojego intensywnego podróżowania Four Seassons Limassol to jeden z lepszych hoteli w jakich byłam. Dlaczego? To na co najbardziej zwracam uwagę to czystość i dbałość o klienta. Sama prowadzę parę biznesów w tym ten związany z turystyką i zawsze chcę, aby mój klient czuł się tak, jak ja chciałabym być traktowana. To co cechuje ten hotel to niezwykła klasa wszystkich pracowników: począwszy od personelu sprzątającego po menedżerów.
Hotel oddalony jest jakieś 40-45 minut od lotniska w Larnace. Posiada około 300 pokoi- w tym tak zwane standard room, family room czy studio.
Mieszkaliśmy w Family Room z widokiem na morze, gdzie znajdowało się duże łóżko kontynentalne i rozkładana sofa. Owszem brakowało nam miejsca. Przy trójce dzieci, oddzielna sypialnia dla rodziców jest jak zbawienie, ale dla rodzin z jednym dzieckiem myślę, że jest w porządku.
 Pokoje są bardzo czyste, a serwis sprzątający oferowany dwa razy dziennie. Nie trzeba biegać za wodą, kapsułkami do expresu czy papierem toaletowym.
Wielką zaletą hotelu jest zwane przez mnie „czucie drugiego człowieka” Co to oznacza? Że Four Seassons mimo 300 pokoi jest tak wybudowany i rozplanowany, że naprawdę nie widać tych wszystkich osób wokoło. Nie ma bitwy o leżaki, kolejki na śniadanie i nie trzeba stać w kolejce, żeby w końcu móc gdzieś posadzić cztery litery.Ku mojemu zdziwieniu w hotelowym zespole jest bardzo dużo przemiłych Polaków, którzy chętnie służą pomocą. Kelnerzy i kelnerki są schludnie ubrani i nie trzeba czekać godziny na to, aby dostać wymarzonego drinka z palemką czy zimne piwo, które po przyniesieniu będzie faktycznie jeszcze chłodne, a nie zupą . Ręczniki ładnie pachną i co najważniejsze, można posadzić swoje szanowne cztery litery na miękkim leżaku z materacem, a nie metalowym kołchozie, co dla mnie -w końcu wypoczywającej matki trójki dzieci jest bardzo ważne.
To Co wyróżnia hotel to przyjemny zapach we wszystkich pomieszczeniach i wnętrze pełne kwiatów- które raz na kilka dni są wymieniane. Cały Four Seassons przypomina trochę junglę albo hotel z dalekiego zakątku świata. Na zewnątrz można zjeść lunch pod drewnianymi pergolami, a obok w stawie, który rozciąga się na całej długości hotelu pływają piękne japońskie karpie.

 

Oferowany basen to nie jedna wielka wanna kąpieliskowa dla turystów, tylko dobrze przemyślana atrakcja, tak aby każdy czuł się swobodnie i komfortowo.
Wszystko urządzone jest w niezwykle magicznym klimacie, który czuć szczególnie wieczorową porą. Co najważniejsze, nie ma dudniącej od rana głośnej muzyki, którymi raczą turystów z wielkim uwielbieniem na przykład  tureckie hotele.
 
 JEDZENIE.
 Four Seassons oferuje cztery restaurację.  Jedna główna, która serwuje również śniadania, lunche i kolacje. Codziennie można spróbować kuchni z różnych zakątków świata. I wiecie co? To wszystko jest naprawdę pyszne. Nie wiem jak to skubańcy robią, ale czy to było sushi, kuchnia włoska, grecka czy azjatycka- to wszystko jest serwowane na bardzo wysokim poziomie. Bez wątpienia bezkonkurencyjna jest Seasons Oriental, gdzie można zjeść z dziećmi od 6 roku życia. Mój „must have” tej restauracji to: Baby Pak Choi, Sesame Char Siu Rolls czy Aromatic Lemon Chicken. Podsumowując: Waro wrócić do tego hotelu choćby nawet dla pysznego jedzenia.

ATRAKCJE I UDOGODNIENIA
 Tak jak już napisałam w hotelu jest przestronny basen z wodnymi leżakami i zjeżdżalniami dla dzieci. Oprócz tego dla bardziej wymagających pływaków, można skorzystać z basenu wewnętrznego tuż obok SPA i siłowni. Bardzo atrakcyjny jest fakt, że w tym samym pomieszczeniu są trzy różne sauny i tzw „iced room”
Jeżeli jedziecie we dwoje czeka na Was również basen dla dorosłych, który jest pięknie oświetlony i również oferuje bąbelkowe leżaki.
Tuż obok plaży można skorzystać ze sportów wodnych jakich tylko dusza zapragnie: parasailing, motorówki, rowery czy skutery wodne.


Hotel oferuje również naukę nurkowania, a pierwsze lekcje odbywają się w basenie. Sprawdziłam i wysłałam Amelię- faktycznie była zadowolona i bardzo podekscytowana. Wielkim plusem jest to, iż sama lekcja nurkowania była tak zaprezentowana dzieciom, że te wcale się nie przestraszyły nowego wyzwania i z wielką ochotą chciały kontunować przygodę.
 
PLAŻA
 Limassol jest tą częścią Cypru, gdzie raczej czeka na Was ciemny piasek, a nie ten jasny i mięciutki jak mąka z tych pięknych zagranicznych widokówek. Mnie to wcale nie przeszkadzało, a dzieciaki umorusane po same pachy biegały i szukały morskich skarbów. Tam również możecie liczyć na pomoc hotelowego zespołu, a na miejscu można zamówić barowe przekąski i drinki. Wzdłuż plaży rozciąga się promenada, którą chodziliśmy na wieczorne spacery.

 

DLA DZIECI
 Hotel oferuje kids club dla dzieci. Panie animatorki biegle mówią po angielsku i oczywiście rosyjsku. Codziennie zaplanowana jest różnorodna rozrywka począwszy od gotowania po prace ręczne dla najmłodszych. W porze obiadowej podopieczni mogą skorzystać z darmowego lunchu. Tuż obok dużego basenu znajduje się osłoniony przed słońcem brodzik. Rita spędzała w nim większość swojego czasu, a Amelia i Antek bawili się na zjeżdżalni.


Na zewnątrz jest również plac zabaw, a dzieciaki za opłatą mogą skorzystać ze wspomnianej przeze mnie nauki pływania czy lekcji tenisa
 
OKOLICA
 Limassol jest piękne, a tuż obok hotelu jest nasza ulubiona restauracja Puesta Oyster Bar & Grill, gdzie można zjeść świeże mule, ostrygi i napić się ich specjalności- Rossini. Niedaleko hotelu- około 8-10 minut samochodem znajduje się choćby nawet urokliwe Ajos Atanasios, pełne małych kawiarni i mojego ukochanego Mother Care, którego nie ma już w Polsce.


Warto również zajrzeć do lokalnych, małych sklepików i kupić ich specjalności: mydła wulkaniczne ręcznie robione słodycze takie jak kiefterka czy wyroby ceramiczne. Warto też odwiedzić lokalne targi pełne świeżych owoców. Dla bardziej aktywnych turystów w Limassol można odwiedzić ZOO, Kurion czyli starożytne ruiny czy Sanktuarium Apolla.
 
W następnym artykule NOWY JORK!!!